„Całopalenie” R. Marasco

Autor: Robert Marasco

Tytuł: Całopalenie

Wydawnictwo: Vesper

Liczba stron: 325

Rok pierwszego wydania: 1973

Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Lubię sięgać do klasyki literatury, choć obcowanie z nią nie zawsze jest łatwe. Mimo wszystko satysfakcja z dotarcia do korzeni jakiegoś gatunku czy chociaż zrozumienia do czego nawiązują współczesne powieści, daje mi sporą satysfakcję. Mam okazję obserwować jak wyglądały początki czegoś, co teraz jest absolutnym pewniakiem gatunku. W przypadku „Całopalenia” Roberta Marasco jest to motyw nawiedzonego domu. Co prawda, jak możemy przeczytać w posłowiu do książki, „opowieści o nawiedzonym domu istniały już wcześniej, a najstarszą ze znanych jest list napisany przez Pliniusza Młodszego około 100 roku naszej ery”. Niemniej, mimo że współcześnie Marasco wyprzedzili chociażby Shirley Jackson czy Richard Matheson, warto sięgnąć także po „Całopalenie”, bowiem Robert Marasco podchodzi do sprawy po swojemu.

Ben i Marian Rolfe to młode małżeństwo mieszkające wraz z synkiem Davidem w ciasnym, dusznym mieszkania na Brooklynie. Rodzina narzeka na różne niewygody, które są typowe, gdy mieszka się w budynku wielorodzinnym w środku miasta: drażni ich hałas, wścibstwo sąsiadów, brak miejsc parkingowych oraz tłok na ulicach i placach. Gdy przychodzi lato, a wraz z nim upały, wszystko to staje się, o ile to możliwe, jeszcze bardziej męczące. Marian marzy o wakacjach z dala od miasta i próbuje namówić Bena na wspólny wynajem jakiegoś uroczego domku na łonie natury. Kiedy trafia im się okazja na wynajęcie luksusowej rezydencji na północy stanu za jedyne 900 USD za cały sezon, po prostu nie mogą odmówić. Nawet, jeśli Ben ciągle szuka w całej sytuacji jakiegoś haczyka… Zaczyna przypuszczać, że jest nim nietypowy warunek, jaki mają względem nich właściciele: otóż w odległym skrzydle budynku, za dziwnymi, misternie rzeźbionymi drzwiami mieszka starsza kobieta, pani Allardyce, a nowi lokatorzy w ramach umowy wynajmu muszą zobowiązać się do przygotowywania jej posiłków. Marian jest tak oczarowana rezydencją, że godzi się i na to. Czas zacząć wymarzone wakacje!

Ben leżał z rękoma założonymi za głowę i z roztargnieniem słuchał odgłosów dochodzących z budynku obok. Gdzieś trwała impreza i wskaźnik decybeli podskakiwał aż do drugiej w nocy, kiedy wyłączono muzykę, ale jeszcze przez jakieś dziesięć minut pod oknami toczono pijackie dysputy. Potem słychać było już tylko nocne kino i pośpieszny szum klimatyzacji, aż knajpy na Northern Boulevard nie wypluły z siebie ludzi i całą ulica wypełniła się rykiem podrasowanych aut i, choć z rzadka, policyjnej syreny. Sobotnia noc, całe lato sobotnich nocy, całe lato… czego? Kolejny kurs, jeszcze jedno podejście do magisterki? I żebranie o jakąś nauczycielską robotę na wakacje? Jego mocne postanowienie słabło.

Do domostwa przyjeżdżają we czwórkę: Marian, Ben, David i ciocia Bena, starsza, lecz pełna werwy Elizabeth. Trzeba przyznać, że rezydencja, choć zaniedbana, jest naprawdę piękna. Marian będzie mogła tu odpocząć (gdy już nieco przywróci dom do porządku), Ben pisać w spokoju swoją pracę magisterską, David bawić się, a ciocia Elizabeth spędzać spokojnie czas na czytaniu książek i malowaniu pejzaży. Wszystko wydaje się dobrze… do czasu. Sielankowy wypoczynek przerywają niezrozumiałe i przerażające wydarzenia. Rolfowie przekonują się, że za okazyjną cenę letniej przygody przyjdzie im zapłacić wysoką cenę. Ich głowy zaczyna zaprzątać niepokojąca myśl: co tak naprawdę kryje się za tajemniczymi drzwiami, które są wiecznie zamknięte? Kim jest i co ma na celu pani Allardyce?

Zwlekała z wyjściem, aż została sama i drzwi saloniku się zamknęły. Początkowa świadomość tego, co się działo, grzmotnęła w nią niczym fala uderzeniowa. Dom próbował się umościć w najgłębszych zakamarkach jestestwa Marian, przejmował nad nią kontrolę. I to tak całkowicie, że nie potrafiła z cała pewnością stwierdzić, jak będzie wyglądało jej życie nawet z Benem i Davidem, jeśli zostanie postawiona przed okropnym wyborem porzucenia domu, albo pozostania na miejscu.

Zobacz także:

„Całopalenie” obecnie raczej już nie przerazi do szpiku kości, ale nie można odmówić tej powieści mrocznego klimatu i nie pochwalić świetnych opisów złowrogiego działania domu. W odróżnieniu od chociażby „Nawiedzonego Domu na Wzgórzu” Shirley Jackson nie ma tu naukowców chcących zbadać dziwny wpływ budynku na mieszkających w nim ludzi, nie pojawia się też żaden egzorcysta, by pomóc wyjść z impasu. Mamy tu po prostu cztery osoby, które są zdane wyłącznie na siebie. Rezydencja może zauroczyć i ofiarowuje wiele, ale nic nie jest za darmo… A 900 USD za cały sezon letni to nie jest bynajmniej jedyna cena, jaką przyjdzie zapłacić Rolfom. Domostwo zdaje się żyć i świadomie zasadzać się najpierw na najsłabszych członków rodziny. U każdego jednak znajdzie słaby punkt: w przypadku jednych będą to nadwątlone siły fizyczne, w przypadku innych ‒ tych w pełni życia i sił ‒ strachy siedzące głęboko w psychice lub pobudzanie i podsycanie już istniejących pragnień.

Co ciekawe, podwalinami tego horroru są niepokoje natury społeczno-politycznej. W tym sensie powieść Marasco to idealne dziecko swoich czasów. W końcu cała fabuła zostaje tu zawiązana na tym, że średnio sytuowana rodzina Rolfe zachłystuje się niezwykłą okazją, która niespodziewanie staje się dla nich czymś na wyciągnięcie ręki ‒ zamieszkaniem na lato w naprawdę świetnym, okazałym domostwie. W latach 70. XX wieku „rosła inflacja, panowała recesja, bezrobocie osiągnęło wysoki poziom, a szalejące ceny ropy sprawiały, że wszystko drożało”, jak pisze w posłowiu Grady Hendrix. Taka niepewność polityczna rodziła nawiedzone domy: z zewnątrz olśniewające, w środku zepsute. Czy jednak dziwimy się Marian, że tak bardzo chce choć przez kilka miesięcy zamieszkać w luksusowej rezydencji? Ani trochę.

Jeśli po przeczytaniu skrótu fabuły wydaje wam się, że przypomina ona „Lśnienie” Stephena Kinga, to macie rację. I tu wracamy do tego, co pisałam na początku: dobrze było sięgnąć po tej tytuł i móc poprowadzić w głowie linię od Marasco do Kinga. Jestem dziwnie przekonana, że ten drugi czytał „Całopalenie”. I po kilku latach stworzył swoją jeszcze straszliwszą wersję. Widać Stephenowi Kingowi również nieobcy był wtedy lęk o stabilność finansową rodziny.

Podsumowując, choć „Całopalenie” nie robi już z pewnością takiego wrażenia i współczesny czytelnik może pomyśleć, że momentami niewiele się w powieści dzieje, warto sięgnąć po ten klasyk wydany niedawno przez wydawnictwo Vesper, szczególnie, jeśli jesteście fanami literatury grozy i chcecie poznać kolejny ciekawy tytuł z tego gatunku. Mnie po lekturze wskoczył na swoje miejsce kolejny puzzel.

4/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję wydawnictwu Vesper:

4 myśli w temacie “„Całopalenie” R. Marasco

  1. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

  2. Nie znam jeszcze tej książki, ale czas na nowych autorów przede mną 🙂 Jestem świeżo po lekturze „Utraconych” Mossa, którą polecam. Świetny kryminał dający do myślenia.

  3. Pingback: Podsumowanie kwietnia | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s