„Omen” D. Seltzer [PRZEDPREMIEROWO]

Autor: David Seltzer

Tytuł: Omen

Wydawnictwo: Vesper

Liczba stron: 248

Rok pierwszego wydania: 1976 (polska premiera 17.10.2018)

Tłumaczenie: Lesław Haliński

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Przed rozpoczęciem lektury „Omenu” Davida Seltzera miałam, nie ukrywam, pewne obawy. Co prawda historię spokojnie można nazwać już kultową, ale raz, że raczej jej filmową odsłonę, a dwa, że książka, którą wydało jak zwykle niezawodne przy klasyce horroru wydawnictwo Vesper, nie jest powieścią opartą na filmie czy wręcz tytułem, który zainspirował powstanie ekranizacji, a jej scenariuszem, lekko tylko poprawionym i podrasowanym. Za ów twór odpowiada zresztą właśnie scenarzysta, producent i reżyser w jednym, David Seltzer. Obawiać się więc można, że styl jest nieco toporny (wszak to nie pisarz!), a też ci, którzy słynną ekranizację z Gregorym Peckiem już znają, raczej nie dadzą się niczym książce zaskoczyć. Ja jestem w sytuacji chyba nietypowej, bo „Omenu” nie widziałam (co jest zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, że kiedyś oglądałam jak leci wszystkie horrory puszczane nocą w tv), więc zaczynałam lekturę z podstawowymi zaledwie wiadomościami na temat fabuły.

675816-352x500No dobrze, może przypadkiem ktoś jeszcze nie widział filmu, więc: o czym to właściwie jest? Oto poznajemy rodzinę Thornów: on jest amerykańskim ambasadorem w Wielkiej Brytanii, ona wiernie trwa przy jego boku i wspiera go w politycznej karierze. Gdy Katherine Thorn w końcu, po latach starań i kilku poronieniach okupionych depresją, donasza ciążę, małżeństwo jest bardzo szczęśliwe. Jednak poród był trudny, Katherine źle go zniosła i nie wszystko pamięta: co może być błogosławieństwem, bowiem ich dziecko urodziło się martwe… O całej sprawie mówi Jeremy’emu Thornowi ksiądz, który pracuje w szpitalu, podsuwa też nieco kontrowersyjne, ale chyba najlepsze w tej sytuacji rozwiązanie – niedawno urodził się chłopiec, którego matka nie chciała. Jest zdrowy i ładny, może więc Thorn przyjmie dziecko jako własne i nic nie powie biednej, udręczonej żonie, która po trudnym porodzie nie będzie mogła już mieć dzieci, których tak bardzo pragnęła? Zaskoczony Jeremy godzi się na to, i odtąd traktuje małego Damiena jak własnego syna, a Katherine ma nigdy nie dowiedzieć się , że dziecko nie jest ich. Ale płyną lata…

Damien dorasta i bywa, że dziwnie się zachowuje. Jakby cieszyło go czyjeś cierpienie. W dodatku jego niania, pani Baylock, jest, delikatnie mówiąc, ekscentryczna. Thornowie nie odprawiają jej tylko dlatego, że mały Damien wydaje się być z nią bardzo mocno związany. Bardziej, niż z własną matką… Wokół chłopca dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy, a Jeremy, czując, że tajemnica pochodzenia chłopca coraz bardziej mu ciąży, stara się dociec prawdy o naturze Damiena. Pomaga mu pewien fotograf. Co z tego wyniknie?

Wszystkiemu, co święte, odpowiada coś, co jest nieświęte. Taka jest natura kuszenia.

„Omen” to dość klasyczna historia o narodzinach Antychrysta i jego staraniach, by objąć władanie nad światem. Mamy tu wszelkie lejtmotywy tego typu historii, czyli dziwne dziecko, tajemnicze zgromadzenie o satanistycznej proweniencji, makabryczne śmierci, cytaty z Biblii, straszne i okrutne rytuały czy wszeteczne zakonnice. Powieść ta czytana dzisiaj raczej niczym nie zaskakuje, ale na szczęście, mimo moich obaw, jest napisana dobrym, potoczystym językiem, co gwarantuje, że można lekko i przyjemnie spędzić z nią kilka godzin. Co więcej, mimo niezbyt oryginalnej fabuły, „Omen” działa na wyobraźnię: ja, gdy czytałam ją przed pójściem spać, miałam później koszmary! Zdecydowanie nie można więc powiedzieć, że horror ten nie spełnia założeń gatunkowych. Co prawda podczas lektury nie potrafiłam nie porównywać „Omenu” do dziewięć lat młodszego (i o wiele lepiej, w mojej opinii, napisanego) „Dziecka Rosemary” Iry Levina, bowiem w obu na pierwszym planie znajduje się motyw Antychrysta, lecz na szczęście każdy z autorów wykorzystał go w nieco odmienny sposób.

Książka Seltzera jest więc dobrą, lecz nie rewelacyjną pozycją z półeczki klasyki grozy Vespera. Z pewnością są tytuły, które darzę większą sympatią, z rewelacyjnym „Egzorcystą” Williama Petera Blatty’ego na czele, ale nie można odmówić „Omenowi” tego niepokojącego, niedookreślonego klimatu, który częstokroć charakteryzuje dawne horrory. Tu groza nie objawia się od razu w pełnej krasie, czytelnik ma raczej nieprzyjemne wrażenie, że coś oślizgłego pełznie za nim powoli, od czasu do czasu dotykając jego karku zimnym paluchem. Jest to zadziwiająco przyjemne, choć odrażające wrażenie, którego ja osobiście lubię doświadczać, gdy sięgam po grozę. Nie wiem, jak książkę odebraliby ci, którzy znają film, bo odpadnie im element zaskoczenia, ale ja bawiłam się naprawdę dobrze. I kilka razy przeszedł mi po plecach taki nieprzyjemny dreszczyk… Możliwe, że sugestywne i naprawdę świetne rysunki Krzysztofa Wrońskiego miały z tym coś wspólnego. Zresztą wydanie, jak to u Vespera bywa, jest jak zwykle na szóstkę!

4/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję wydawnictwu Vesper:

vesper250

Reklamy

5 myśli w temacie “„Omen” D. Seltzer [PRZEDPREMIEROWO]

  1. Ja coraz śmielej zapuszczam się na terytorium powieści grozy – ostatnio przeczytałam „Nawiedzony dom na wzgórzu”, a teraz oglądam serial na Netflixie. Jak na mnie mega wyczyn. Ale za horrory chyba jednak się nie zabiorę…. Chociaż, o dziwo, wolę czytać niż oglądać – czy to świadczy, że mam ubogą wyobraźnię?

    • Nie, dlaczego? 🙂 Na każdego inne medium działa bardziej. Ja się chyba też bardziej boję horrorów-filmów, o ile są oczywiście dobrze nakręcone. Książki zwykle działają jakby mniej, to znaczy wczuwam się, ciarki mi chodzą po plecach, ale bardzo rzadko mam tak, że boję się iść po ciemku do toalety (choć z powieściami Kinga mi się tak parę razy zdarzyło!).

      Fajnie, że się przekonujesz do nowego gatunku 🙂 Niektóre horrory są mniej straszne od innych, albo może inaczej: znów co innego różne osoby straszy. Ważne, żeby znaleźć swój „poziom straszności” 😉

      • Tak, właśnie tak – ciarki na plecach są, ale do łazienki po ciemku mogę spokojnie pójść. Po filmie już nie 🙂
        Co do przekonywania się do nowych gatunków – lubię takie wyprawy na mniej znane tereny. Można sobie zrobić krzywdę, ale i odkryć niesamowite rzeczy 🙂

  2. Pingback: Podsumowanie października | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

  3. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s