„Dzień dobry, północy” L. Brooks-Dalton

Autor: Lily Brooks-Dalton

Tytuł: Dzień dobry, północy

Wydawnictwo: Czarna Owca

Liczba stron: 272

Rok pierwszego wydania: 2016

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Samotność może dopaść nas wszędzie, a, jak mówią, najbardziej dojmująca jest ta, która dotyka nas w tłumie ludzi. Niby jesteśmy otoczeni przez innych, czasem nawet takich, którzy zdawali nam się bliscy, a jednak czujemy pustkę. Są jednak miejsca, w których samotność ogromnieje, narasta, i nie ma ucieczki przed poczuciem wyobcowania. Lily Brooks-Dalton w swojej powieści „Dzień dobry, północy” pokazuje czytelnikowi losy bohaterów w dwóch takich miejscach: na kole podbiegunowym i w kosmosie. Augustine zdaje się być ostatnim człowiekiem na Ziemi, a Sully, wraz z załogą, przemierza kosmos we wnętrzu statku Aether, zbliżając się do naszej planety i z niepokojem konstatując, że w eterze panuje kompletna cisza. Co się stało z ludzkością?

536164-352x500Augustine to wybitny naukowiec u kresu swych dni. Mężczyzna, który od lat bada gwiazdy w odległych placówkach, udał się przed kilku laty na koło podbiegunowe z nadzieją dokonania jeszcze jednego, przełomowego odkrycia przed śmiercią. Jednak gdy pewnego dnia do obserwatorium docierają informacje o katastrofie i wszyscy uczeni w popłochu się ewakuują, Augustine świadomie podejmuje decyzję o pozostaniu w centrum badawczym. Starszy mężczyzna uważa, że tu, z dala od ludzi, wśród gwiazd, spokojnie spędzi swoje ostatnie dni. Pogrążony w marazmie badacz odkrywa jednak, że jakimś cudem razem z nim w obserwatorium została mała dziewczynka, Iris, i niechętnie podejmuje się opieki nad dzieckiem. W końcu są tutaj – a może na całej planecie? – zupełnie sami.

Sully natomiast jest mocno zaniepokojona kompletnym brakiem sygnałów z Ziemi. Morale wśród załogi spadają, a duma z powodu odkryć dotyczących Jowisza blaknie, cóż bowiem po nawet najwspanialszych odkryciach, gdy nie ma się nimi z kim podzielić? Gdy serce ściska strach o pozostawionych na Ziemi bliskich? Zapewne w kosmosie najmocniej można poczuć kruchość człowieka i tym gwałtowniej zapragnąć prostych, codziennych czynności: spaceru na świeżym powietrzu, ciepła słonecznych promieni, ćwierkania ptaków. Sully, nie ustając w próbach nawiązania łączności, wspomina dawne, szczęśliwe dni ze swoim (teraz byłym) mężem i próbuje wydobyć z dna pamięci wszystkie chwile z córką, licząc mocno, że nie były one ich ostatnimi wspólnymi przeżyciami.

Samotność Sully nie była wyborem, choć kobieta wyrzuca sobie, że zbyt mało uwagi i starań poświęciła rodzinie, stawiając na karierę naukową, Augustine jednak świadomie wybrał życie bez zobowiązań:

To nie była sprawa osobista – nigdy. Chciał poznać granice miłości, zobaczyć, jaka flora rośnie po drugiej stronie, jaka zamieszkuje tam fauna. A zakochanie, pożądanie – czy różnią się od siebie? Czy tylko inaczej się objawiają? Pragnął zrozumieć te rzeczy naukowo, eksperymentować z ograniczeniami miłości, jej słabościami. Nie chciał jej odczuwać, tylko badać. To było jego hobby.

W ten sposób mężczyzna przeżył całe życie, na starość jednak budzą się w nim niespodziewane uczucia.

Powieść Lily Brooks-Dalton to niezwykle oszczędna i minimalistyczna historia o samotności, tęsknocie, miłości i żalu. Podziwiam tę powściągliwość, łatwo bowiem przy takich tematach popaść w sentymentalizm, postawić na nadmierne rozbuchanie emocji, łzawe opowieści obliczone na tanie wzruszenia. Tu tego nie ma, a jednak (mimo to) „Dzień dobry, północy” porusza i daje do myślenia. Ta niepozorna książeczka jest napisana pięknym językiem, dzięki której czytanie jest przyjemnością przełamaną gorzką refleksją na temat tego, co w życiu najważniejsze: relacji z najbliższymi.

Brooks-Dalton mimowolnie wyzwala w czytelniku refleksje o tym, jak sam traktuje ludzi w swoim otoczeniu i czy naprawdę docenia to, co ma. Otwarte zakończenie wątku Sully może się niektórym nie spodobać, jednak w moim odczuciu bardzo pasuje do tej delikatnej, przesyconej melancholią historii. Dwie osobne opowieści (ta „kosmiczna” i ta z koła podbiegunowego) przeplatają się, by w pewnym momencie na chwilę się zetknąć, i tylko czytelnik wie jak ważne było to krótkie spotkanie. To nie jest opowieść o kosmosie ani o gwiazdach: trochę może jest o odkryciach naukowych, ale przede wszystkim mówi o ludziach. Tylko tyle i aż tyle. To bardzo dobra proza, którą zdecydowanie warto poznać.

5/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca

Reklamy

14 thoughts on “„Dzień dobry, północy” L. Brooks-Dalton

  1. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy - moje recenzje książek

  2. Ależ to musi być piękna i zapadająca w pamięć opowieść! Dopisuję do listy do przeczytania, a ostatnio mało co na niej ląduje. ☺

  3. Ciekawa to książka i mam wrażenie, że jakiś czas po lekturze doceniam ją nawet trochę bardziej 🙂 W trakcie czytania nie zachwyciłam się tak całkowicie, ale jest dużo prawdy w tym, że w tej powściągliwości tkwi jej siła i że wywołuje sporo refleksji 🙂

  4. Pingback: Podsumowanie marca | Książkowe światy - moje recenzje książek

  5. Bardzo zachęcająca recenzja. I tematyka, i powściągliwe emocje, a przede wszystkim Północ (bo ostatnio ciągnie mnie w tamte rejony – jeżeli już nie osobiście, to chociaż książkowo) – to wygląda na coś zdecydowanie dla mnie

  6. Koniecznie mi pożycz, jak się spotkamy!
    Co prawda z takim pomysłem na poprowadzenie narracji (jeden człowiek na Ziemi, drugi w kosmosie) już się spotkałam, w antologii polskich twórców s-f, ale co to szkodzi, można przecież zobaczyć, jak inny autor podszedł do tego samego tematu.
    Pożyczysz? Nie zapomnisz?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s