Krytyka autora i czytelnika, czyli gdzie kończy się prawo do wypowiedzi, a zaczyna się hejt

Dziś miała się ukazać zupełnie inna notka (to jest wpis o cyklu Bernarda Miniera o policjancie Martinie Servazie), ale musi jeszcze chwilę poczekać, bowiem w ten czwartek mi się ulało. Z hejtem w Internecie stykam się od dawna, przypuszczam, że może to powiedzieć o sobie każdy aktywny użytkownik tego medium. Mądrale i znawcy wszystkiego są wszędzie: na każdym forum, w sekcji komentarzy na Facebooku, w wypowiedziach pod artykułami na Pudelku… Znamy się na każdym temacie i czujemy, że mamy pozwolenie, by krytykować wszystko i wszystkich – w końcu ponoć żyjemy w wolnym kraju, w którym panuje wolność wypowiedzi, tak? Otóż tak, ale istnieją pewne granice, i jest jeszcze ta cienka linia: a kiedy już ją przekroczymy, z wyrażającej swą krytyczną opinię osoby stajemy się hejterem. I to już nie jest w porządku.

hejt «obraźliwy lub agresywny komentarz zamieszczony w Internecie»

Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego

Przygotowując się do tego wpisu, trafiłam na ciekawą notkę Segritty, która klarownie tłumaczy, czym krytyka różni się od hejtu. Segritta pisze tam, że:

Hejt, w odróżnieniu od krytyki, nie ma na celu zmieniania czyjejś opinii ani czynienia świata lepszym. Hejt ma na celu wywoływanie negatywnych emocji w adresacie lub w publiczności.

  • Chcę zranić człowieka, którego nie lubię, więc napiszę coś, co sprawi, że mu będzie przykro.
  • Chcę sprawić, by inni ludzie nie lubili człowieka, którego nie lubię, więc napiszę coś, co sprawi, że będą mieli o nim złe zdanie. Może oni go teraz będą ranić.

(tutaj link do całego tekstu: [klik!])

Czytaj dalej

Reklamy

Terror większości w internecie, czyli blogowi naziści atakują

Brr, zrobiło się strasznie? A może śmiesznie, dziwnie? Jeśli odpowiedzieliście twierdząco to dobrze, bo te wszystkie odczucia po trochu towarzyszyły mi podczas dyskusji Fachowcy vs amatorzy, czyli jak nowe media zmieniły krytykę literacką. Wcale nie chciało mi się jechać do Katowic, do klubu Prokultura. O 17? Po pracy, we środę? Ale wzięłam się w garść i wsiadłam do tramwaju, wybierając się na uroczą pięćdziesięciominutową wycieczkę przez trzy miasta, żeby potem nie marudzić, że u mnie, na Górnym Śląsku, to nic ciekawego się nie dzieje, tylko wszystko albo w Warszawie, w Krakowie albo nad morzem. Czytaj dalej