„Belcanto” A. Patchett

Autor: Ann Patchett

Tytuł: Belcanto

Wydawnictwo: Znak litera nova

Liczba stron: 354

Rok pierwszego wydania: 2001

Tłumaczenie: Anna Gralak

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Po lekturze „Domu Holendrów”, pierwszej książce autorki jaką miałam okazję czytać, odebrałam Ann Patchett jako skupioną na fabule, skromną, doskonale wiedzącą jak trzymać w garści zarówno swój pisarski warsztat, jak i oniemiałych czytelników. Przez powieść się płynęło, a bohaterów traktowało jak swoich dobrych znajomych ‒ to rzadkość i dar, jaki otrzymała ta amerykańska pisarka. Gdy więc wydawnictwo Znak litera nova wznowiło wcześniejszą powieść Patchett, „Belcanto”, nie wahałam się ani chwili. Rzeczywiście śpiew (bel canto to dosłownie piękny śpiew) odgrywa tam bardzo ważną rolę i jest motorem napędowym fabuły, bowiem jedną z głównych bohaterek powieści jest uznana pieśniarka operowa Roxane Coss.

Ten wieczór został zapamiętany na długo, ale nie z przyczyn, które można było przewidzieć. Pan Hosokawa, biznesman z Japonii, dał się namówić na to przyjęcie tylko dlatego, że obiecano mu sprowadzić nań Roxane Coss, wyjątkową operową divę, której muzykę podziwiał od lat. To ta niezwykła sopranistka liryczna skłoniła go do odwiedzenia (nienazwanego w tekście) niezbyt bogatego państwa prawdopodobnie gdzieś w Ameryce Południowej. Pretekstem były 53 urodziny pana Hosokawy, a podtekstem chęć nawiązania współpracy z jego firmą elektroniczną i poprawa wizerunku kraju, który słynął do tej pory głównie aferami oraz stał uprawą koki i maku na opium. Japoński prezes został właściwie przekupiony obecnością drogiej jego sercu gwiazdy muzyki, a na przyjęcie, które dla niego zaplanowano, zaproszono wielu zagranicznych jak i krajowych gości. Znamienici właściciele firm, liczący się politycy, bogacze… To było jedno z tych eleganckich przyjęć, o których pisze się na pierwszych stronach gazet. Nie inaczej było tym razem, o nie! Ale powodem bynajmniej nie był występ genialnej sopranistki. Powodem, dla którego kraj miał zapamiętać ten wieczór, było wtargnięcie terrorystów.

Część z nich uważała, że zginą, w kółko oglądała film, na którym wyprowadzano ich w nocy na zewnątrz, by strzelić im w tył głowy, lecz Roxane Coss tak nie myślała. Może dla tej czy innej osoby skończy się to źle, ale chyba nikt nie zamierzał zastrzelić sopranistki. Była gotowa okazywać uprzejmość, pozwalać, by trzymano ją za rękę, ale gdy nadejdzie odpowiedni moment, to właśnie ona miała się stąd wydostać. Była tego pewna.

Terroryści zastawili pułapkę na prezydenta kraju, który miał podjąć pana Hosokawę na przyjęciu, jednakże nie wiedzieli, że prezydent Masuda w ostatniej chwili odwołał swą obecność z mocno prozaicznego powodu: kolacja na cześć biznesmena kolidowała z nadawaniem jego ulubionej telenoweli. Wysłał więc w zastępstwie wiceprezydenta, Rubena Iglesiasa. I to on, w jego imieniu, musiał zadbać o bezpieczeństwo gości, gdy wśród dezorientującej ciemności i okrzyków w wilii, w której odbywało się przyjęcie, zjawili krzyczący ludzie z karabinami. Zorientowawszy się, że najcenniejszego z ich punktu widzenia gościa nie ma i w ogóle nie było dziś w tym domu, postanowili tymczasem przetrzymać resztę zakładników, zorientować się, kim oni są i co dzięki nim uda im się ugrać. Może jednak uda się uwolnić choć część uwięzionych w więzieniach członków rodzin i bliskich?

Na początku obowiązywały bardzo surowe zasady. Mierzono z broni, wydawano i wypełniano rozkazy, ludzie spali w rzędach na dywanie w salonie i pytali o pozwolenie w najbardziej osobistych sprawach. A potem bardzo powoli szczegóły zaczęły się rozmywać. Ludzie wstawali, nie prosząc o zgodę. Bez pytania myli zęby, prowadzili rozmowy, których nikt nie przerywał. W końcu jeśli byli głodni, szli do kuchni i robili sobie kanapkę, rozsmarowując masło tylną częścią łyżek, ponieważ wszystkie noże skonfiskowano.

Zobacz także:

„Belcanto” nie wciągnęło mnie od razu pomiędzy wersy, tak jak zrobił to „Dom Holendrów”, ale powoli, niepostrzeżenie, zostałam uwięziona w tej powieści tak, jak zakładnicy w wilii ‒ nie chciałam wychodzić. Bohaterowie powieści doświadczają jakiegoś zbiorowego marazmu: dni płyną, jeden podobny do drugiego, nie następuje żaden przełom, a między terrorystami a więzionymi pojawia się dziwna nić, jakaś zgoda na współistnienie. Powstaje ich wyjątkowy mikroświat, w którym znana sopranistka codziennie daje mały koncert, niektórzy z chłopców, którzy napadli na willę, okazują się ledwo dziećmi, inni są walecznymi dziewczynami. Ktoś potrafi pięknie śpiewać, choć nigdy nie ćwiczył, kto inny gra z generałem w szachy. Rodzą się alianse, przyjaźnie, miłości i zależności. Najbardziej potrzebny ‒ wszędzie i każdemu ‒ jest znający dobrze kilka języków tłumacz pana Hosokawy, Gen. Jest też osoba z zewnątrz, mediator, który próbuje przekonać terrorystów, by wypuścili osoby znajdujące się w wilii, jednak obie strony nie chcą przyjąć proponowanych warunków. Oglądamy trwanie w impasie jak muchę zastygłą w bursztynie.

To właśnie świetnie opisane międzyludzkie więzi świadczą o sile „Belcanto”. Te wszystkie spojrzenia pełne podziwu i te pełne strachu. Rezygnacja i stupor tych, którzy początkowo byli groźni i głośni. Odwaga i swoboda tych, którzy najpierw byli zalęknieni i słabi. Porozumiewanie się osób różnej narodowości, najpierw nieśmiało, słowami, z pomocą tłumacza. Później już różnie: za pomocą nut, uśmiechów, gestów, pocałunków, twardej podłogi małego składziku, czutej pod plecami, gdy splatano się w miłosnych uściskach. Czy po kilku miesiącach ktoś jeszcze będzie chciał odzyskać wolność?

Zakończenie jest lekko rozczarowujące, nie stawia głośnego wykrzyknika, co najwyżej ciche i oczekujące więcej trzy kropki. Całe to napięcie, które wzbierało nam gdzieś w środku, niczym balonik wypełniany powoli powietrzem, zamiast wybuchnąć, wyleciało spokojnie tak samo jak przyszło. Jednakże dla tego trzymającego w napięciu środka, dla perfekcyjnie przedstawionego syndromu sztokholmskiego, warto tę powieść przeczytać.

4+/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję wydawnictwu Znak Literanova:

Reklama

4 myśli w temacie “„Belcanto” A. Patchett

  1. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

  2. Pingback: Podsumowanie września | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s