„Szkoła po japońsku” K. Makihara

Autor: Kumiko Makihara

Tytuł: Szkoła po japońsku. Jak przetrwałam elitarną edukację mojego syna

Wydawnictwo: Uniwersytetu Jagiellońskiego

Liczba stron: 256

Rok pierwszego wydania: 2018

Tłumaczenie: Joanna Gilewicz

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Czasów szkoły nie wspominam zbyt dobrze. Dużo obowiązków, stres związany ze sprawdzaniem wiedzy, poczucie zmęczenia, niezrozumienia i wyobcowania. Czułam się przytłoczona rywalizacją, pisaniem wypracowań pod klucz i interpretowania wiadomości w jeden właściwy sposób. Co bym powiedziała, gdybym musiała się uczyć w japońskiej szkole? Po przeczytaniu książki „Szkoła po japońsku” Kumiko Makihary już wiem, że bym sobie nie poradziła. Tam przetrwają jedynie najlepsi, mocno zdeterminowani do osiągnięcia szkolnych szczytów. Ściśle określone zasady przekreślały indywidualizm: tu trzeba się przystosować, wtopić w tłum. A to coś, czego organicznie nie znoszę.

Kumiko Makihara wymarzyła sobie, że jej syn Taro trafi do elitarnej, prywatnej szkoły: co prawda wymagało to wielu przygotowań, testów i sprawdzianów, ale Kumiko wiedziała, że dzięki temu miejscu jej syn ma w przyszłości szansę na lepsze studia i pracę, a co za tym idzie, po prostu na życie na lepszym poziomie. Należało się tylko teraz spiąć, by to osiągnąć. Mały Taro jest niesfornym, ruchliwym dzieckiem, któremu trudno się skupić na nauce. Kiedy coś mu od razu nie wychodzi, zniechęca się i traci koncentrację. Matka jest jednak stanowcza i mimo trudności przygotowuje Tara do egzaminów do szkoły ‒ i udaje się! Jej syn wstępuje do klasy małych geniuszy, a ona sama dołącza do towarzystwa doskonałych matek. To nie koniec walki, a dopiero początek. W japońskiej edukacji liczą się dyscyplina, perfekcjonizm i konformizm, a rywalizacja odbywa się na wielu poziomach. Niezależna matka i jej niesforny syn z trudem odnajdują się w tych realiach. Kumiko lawiruje między gniewem, miłością, wyrzutami sumienia a czasami rozpaczą, podejmując próby wytyczenia drogi dla swojego dziecka pośród niezliczonych norm rodzinnych i szkolnych.

Większość uczniów, tak jak Taro, nie była w stanie zapanować nad tymi wszystkimi wskazówkami, więc my, matki, pilnie czytałyśmy wytyczne i dbałyśmy o odpowiednie wyposażenie naszych dzieci. Czasami sama gubiłam się w natłoku informacji, a raz zostałam upomniana za niewłaściwe wykonanie polecenia. W pierwszej klasie przed świętem pieczonego ziemniaka ‒ coroczną imprezą z ogniskiem ‒ dzieci miały przynieść ziemniaki do upieczenia w popiele i przyprawy. W instrukcji wyjaśniano, że ziemniaki będą zawinięte w wilgotną gazetę i folię aluminiową. Zrozumiałam, że Taro ma przynieść ziemniak oraz osobno kawałek folii i gazetę. Tymczasem okazało się, że należało zawczasu przygotować cały pakiecik. W następnym biuletynie Mori Sensei ubolewał, że stracono dwadzieścia minut na pomaganie dzieciom, które nie miały odpowiednio przygotowanych ziemniaków.

(…)

Ponieważ czułam się niesłusznie obwiniana w sprawie przygotowania ziemniaka, wpisałam do zeszytu usprawiedliwienie, które Taro miał przekazać nauczycielowi.

„Jest mi bardzo przykro, że ze względu na niewłaściwe przygotowanie materiałów niedawno sprawiłam kłopot przy pieczeniu ziemniaków. Błędnie zinterpretowałam wskazówki, uznając, że należy tylko przynieść rzeczy wymienione w wykazie, a ich odpowiednie przygotowanie odbędzie się w szkole”.

Zobacz także:

To była trudna przeprawa dla Taro, ale także dla Kumiko. Syn był tylko dzieckiem: niecierpliwił się, nie chciał czasem słuchać poleceń, rozpraszał się, marudził przy zadaniach domowych, a Kumiko musiała znaleźć sposób, by zachęcić lub przymusić go do nauki. Próbowała wielu rzeczy: metody kija i marchewki, namów, obiecywania nagród, pokazywania korzyści, straszenia, grożenia, odbierania przyjemności w momencie, gdy oceny nie będą satysfakcjonujące, a zadania wpisane poprawnie i ładnie w zeszyt. Taro szedł czasem nawet spać bez kolacji lub był zamykany w łazience tak długo, dopóki nie obiecał, że wypełni szkolne obowiązki. Trudno orzec, komu było ciężej: czy matce, która chciała tylko dobrej przyszłości dla syna i musiała zagryzać wargi, by być dostatecznie twardą i wymagającą czy też niewpasowującemu się w szkolną etykietę dziecku? Łatwo jest obwinić Kumiko, powiedzieć, że przesadzała, że stawiała przed Taro zbyt wysokie wymagania, że najważniejsze, by dziecko czuło się komfortowo, a ocena z kartkówki nie jest tak istotna jak jego samopoczucie. I to wszystko prawda, tylko… Spróbujcie wprowadzić to w życie w Japonii.

[Matki] zapisywały dzieci na te same obozy. Konformizm sprawiał, że nie chciały się wyróżniać, aby nie urazić kogoś w towarzystwie, w którym ściśle przestrzegano ustalonych zasad. Dzięki trzymaniu się razem były zawsze na bieżąco z tym, co się działo w szkole. Informacje, na których im zależało, były rozmaite ‒ od tematów, jakie mogą pojawić się na następnym sprawdzianie z wiedzy przyrodniczej, po wybór sklepu z przyborami szkolnymi.

Lata mijały, a Taro wcale nie było łatwiej. Owszem, jakoś się przystosował, dopasował, ale uśmiech zniknął z jego buzi. Przed matką starał się nosić maskę, a pytany o szkołę, nigdy się nie skarżył. Tylko w pamiętniku, który zresztą kazała mu pisać Kumiko, żeby ćwiczył styl i formułowanie myśli, zwierzał się z trudności, jakich doświadczał każdego dnia. Japońscy nauczyciele byli powściągliwi i surowi, nie chwalili dzieci, za to często je ganili. Uwypuklali słabe strony, a mocne były zbywane zdawkowymi i rzadkimi pochwałami. Nic dziwnego, że ktoś o trochę słabszej konstrukcji psychicznej i mniejszej determinacji czuł się osobą przegraną. Kumiko po latach dostrzegła kłopoty syna (Taro w pamiętniku pisał: Czuję się zupełnie beznadziejny. Jestem wściekły. Czuję, że jeśli sprawy będą się toczyć jak dotąd, z niczym sobie nie poradzę. Tak właśnie się czuję.) i po szkole podstawowej oraz trzech miesiącach gimnazjum przeprowadziła się z nim do Ameryki, gdzie Taro odkrył zupełnie inne metody nauczycielskie i wychowawcze. Nagle okazało się, że jest bystrym i dobrym uczniem.

„Szkoła po japońsku” to fascynująca i trochę smutna opowieść o japońskiej edukacji. W Polsce również system szkolnictwa próbuje ujednolicić dzieci, jednak to nic w porównaniu z tym, jak kształtuje młodych japońska szkoła. Byłam trochę zła na Kumiko, że wcześniej nie dostrzegła kłopotów syna i tego, jak wysoką cenę płaci on za ekskluzywną edukację, zdaję sobie jednak sprawę, że została ona wychowana w określonej kulturze, gdzie wydawało się to normalne i gdzie robi tak każda dobra matka. Książka otwiera oczy i pozwala nam z bliska przyjrzeć się japońskiej szkole i jej wymogom zarówno w stosunku do matek, jak i do ich pociech. Polecam rodzicom zainteresowanym edukacją swojego dziecka oraz miłośnikom Japonii.

5/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego:

4 myśli w temacie “„Szkoła po japońsku” K. Makihara

  1. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

  2. Pingback: Podsumowanie lipca | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s