„Żywe morze snów na jawie” R. Flanagan

Autor: Richard Flanagan

Tytuł: Żywe morze snów na jawie

Wydawnictwo: Literackie

Liczba stron: 272

Rok pierwszego wydania: 2020

Tłumaczenie: Maciej Świerkocki

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Są pewne wielkie, uniwersalne tematy, z którymi wielu pisarzy pragnie się zmierzyć: miłość, człowiek a natura, nowe życie, a także śmierć (odchodzenie). I właśnie to ostatnie zagadnienie stało się wielkim tematem najnowszej książki Richarda Flanagana o poetyckim tytule „Żywe morze snów na jawie”. Pisarz ten udowodnił już nie raz, że nie boi się trudnych tematów, a co więcej, mistrzowsko sobie z nimi radzi: wojna, kolonializm, samotność, zaszczucie przez mass media ‒ takie lejtmotywy przewijały się przez poprzednie jego powieści. Tym razem mamy sposobność, by przemyśleć nasze podejście do przemijania i odchodzenia bliskiej nam osoby.

Osiemdziesięciosześcioletnia Francie, matka Anny, Terza i Tommy’ego znajduje się w szpitalu i wie, że umiera. Jest z tym pogodzona, uznaje, że nadszedł jej czas i dość spokojnie szykuje się do ostatniego wielkiego wydarzenia w jej życiu. Co innego jednak jej dzieci, które czepiają się każdego skrawka nadziei, że matka jeszcze wyjdzie ze szpitala i będzie żyć przynajmniej kolejnych kilka lat. Wbrew opiniom lekarzy, po rodzinnej naradzie decydują się zrobić wszystko, co możliwe, by przedłużyć życie Francie. Pieniądze nie są problemem: zarówno Anna, renomowana architektka z Sydney, jak i Terzo, zamożny biznesmen, są w stanie sypnąć groszem. By ratować matkę czy zagłuszyć wyrzuty sumienia, że póki była w dobrej formie, tak rzadko ją odwiedzali?… Tym, który był z Francie na co dzień jest Tommy, niespełniony malarz pracujący dorywczo jako rybak. To on jej pomagał, robił zakupy, prowadził do kościoła i pilnował, by niczego jej nie brakowało. On też początkowo stanowczo sprzeciwia się pomysłowi podtrzymywania w szpitalu życia matki, bo lekarze powiedzieli, że szanse na przeżycie operacji są niewielkie. Jednak jakieś są i w końcu rodzeństwo przekonuje brata. Na szczęście operacja się udaje i przez jakiś czas Francie czuje się lepiej, a to dodaje rodzeństwu wiatru w żagle.

Anna nie odczuwała litości, tylko graniczący z dziwnym strachem wstręt. Mogła stawić czoło życiu, lecz szarpanina matki pomiędzy życiem i śmiercią była dla niej ‒ kobiety starannych planów, uzgodnionych wyjazdów i realizowanych harmonogramów, czyli krótko mówiąc, dla osoby bazującej na pewnikach ‒ jak nieoczekiwany i denerwujący opór w obliczu naturalnego biegu wydarzeń, manifestacją czegoś niewiele ważniejszego niż miotający się samolubny duch.

Oszołomienie, jakiego doznała, znajdując na szpitalnym łóżku nie rodzoną matkę, lecz ciężko chore zwierzę, które nie chciało przestać być człowiekiem, na jakimś głębszym poziomie okazało się dla Anny nie do przyjęcia.

Później, gdy po chwilowym polepszeniu zdrowie Francie znów gwałtownie podupada, Anna, Terzo i Tommy nawet nie chcą słyszeć o poddaniu się. Wszyscy ignorują wolę matki, która cicho powtarza „dajcie mi umrzeć”: przecież to nieludzkie, wbrew naturze, dziwaczne nie chcieć żyć, nie próbować, gdy wciąż jest możliwość przeżycia jeszcze miesiąca, trzech, pół roku. W końcu życie to najpiękniejszy dar. Cóż z tego, że czasem niechciany? Jej dzieci użyją wszystkich możliwości – wpływów, władzy, znajomości i pieniędzy – aby utrzymać matkę przy życiu. Tylko czy mają do tego prawo?

Zobacz także:

Francie walczy z dojmującym bólem i udręką, śniąc dziwne sny na jawie, tymczasem Anna zauważa coś niepokojącego: znikanie kolejnych części jej ciała. Zaczyna się od palca, potem znika kolano, pierś… W dodatku ta dziwna przypadłość, choć na szczęście w żaden sposób nie zakłóca działania jej organizmu, lecz jednak niezaprzeczalnie jest uciążliwa, zostaje kompletnie niezauważona przez innych. A nawet, gdy ktoś coś zobaczy, jak partnerka Anny, Meg, ignoruje to jak mało istotną sprawę. W końcu zanikać zaczynają części ciała i rysy innych ludzi. Anna jest przerażona. Ukojenia szuka w social mediach, zwłaszcza na Instagramie, ale to czas, gdy w Australii płoną lasy i takie właśnie treści dominują na IG. Mimo wszystko jedno nieszczęście odwraca uwagę kobiety od innego, jej osobistego dramatu: skroluje więc kolejne zniszczenia, ogień wdzierający się do domów, palący kolejne hektary lasów, zwęglone zwierzęta, które nie zdążyły uciec, daje serduszka i pełne współczucia komentarze, po czym wrzuca własne, mało znaczące posty. Życie na pokaz, życie-nie życie, które odciąga nas od tu i teraz. Czasem doraźna pomoc, zwykle jednak pułapka.

Zamiast otworzyć wiadomość, otworzyła Twittera, którego, jak sądziła, zdoła znieść. Cztery tysiące osób znalazło się w pułapce na plaży, a strażacy utworzyli kordon wokół nich, żeby ich chronić. Piasek się nie pali, zatweetował ktoś. Nie było jeszcze nawet blisko południa. Zdjęcia zamieci rozżarzonych węgli. Dym gęsty tak, że nie widać drugiej strony drogi. Czterdzieści dziewięć stopni Celsjusza. Wiatry o prędkości dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Kiedy wozy strażackie włączą syreny, wszyscy mają wejść do wody. Taki ogromny kraj, mieszkańcy zepchnięci do morza. Czy kiedy przyjdzie czerwony blask, to wszystko, co im zostanie? Zretweetowała jakiś artykuł o Renzo Piano.

Samotność i sztuczne życie w social mediach to drugi ważny temat „Żywego morza snów na jawie”. Uciekamy w polakierowaną, podrasowaną filtrami rzeczywistość, gdzie nawet pożar lasu może mieć w sobie jakąś godność i piękno, a o trudnych sprawach pisze się językiem domorosłego coacha: zamiast pogłębionych zdań i głębokich przemyśleń są naprędce sklecone sentencje o zerowej wartości, lecz dobrze wyglądające na pierwszy rzut oka. To jak zabić głód czekoladowym batonem: łatwe, szybkie i przyjemne. Niebawem jednak orientujemy się, że baton ma niewiele wartości odżywczych, a nasz głód nie został zaspokojony.

Nie tylko Anna lubi się oszukiwać, każdy z nas po trosze to robi. Oglądamy idealne kadry z Instagrama i kreujemy nasze internetowe życie tak, by wyglądało lepiej niż w rzeczywistości. Tu się nie mówi o paskudnym, niemal zwierzęcym konaniu matki, nie musi się przyznawać do zepsucia relacji z dorosłym już synem, raczej celebruje się sukcesy i ogląda bezmyślnie obrazki katastrof, tak dalekich dzięki obecności ekranu, choć przecież rozgrywających się tuż obok. Życie na kwadratowym zdjęciu 1:1. Wykadrowane, z odrzuceniem tego, czego pokazywać nie chcemy. Przemyślane i schludne. Nad nim jeszcze mamy kontrolę.

„Żywe morze snów na jawie” to w moim odczuciu powrót Richarda Flanagana do mistrzowskiej formy. Dla mnie wszystko tu było na miejscu i wyważone, dało mi do myślenia i nie pozwoliło na zbytnią wygodę i uproszczenia. Za takie właśnie ostre pióro i przenikliwe sądy cenię jego twórczość. Proza na najwyższym poziomie: tak językowym, jak i emocjonalnym.

5+/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu:

2 myśli w temacie “„Żywe morze snów na jawie” R. Flanagan

  1. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

  2. Pingback: Podsumowanie marca | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s