„Zbieranie kości” J. Ward

Autor: Jesmyn Ward

Tytuł: Zbieranie kości

Wydawnictwo: Poznańskie

Liczba stron: 368

Rok pierwszego wydania: 2012

Tłumaczenie: Jędrzej Polak

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Lektura powieści „Zbieranie kości” zaprawiona była nutą smutku, cały czas bowiem miałam w tyle głowy myśl, że to jedna z ostatnich książek przetłumaczonych przez wybitnego tłumacza Jędrzeja Polaka. Niedocenianie tłumaczy to temat na osobny wpis, są jednak tacy, którym udało się wyrobić markę: to chociażby Iwona Zimnicka, Robert Sudół czy Jędrzej Polak właśnie. Będzie mi brakowało jego pięknych językowo przekładów. Sama książka natomiast jest pierwszą powieścią Ward rozgrywającą się w miasteczku Bois Sauvage w stanie Missisipi – część drugą, „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie”, polski czytelnik miał okazję poznać w 2019 roku.

785842-352x500W tym przybrzeżnym miasteczku żyje czternastoletnia Esch i jej trzej bracia. Teoretycznie zajmuje się nimi ich ojciec (matka zmarła, wydając na świat ostatnie dziecko, Juniora), ale praktycznie tatko głównie żłopie piwo, ogląda telewizję i próbuje (bezskutecznie) tchnąć życie w złom, który zalega na podwórku przed domem. Ot, typowa biedota. Gdy nad Zatoką Meksykańską formuje się huragan, który świat pozna jako bezwzględną Katrinę, dzieciaki próbują zebrać zapasy jedzenia i zabezpieczyć dom przed żywiołem. Obserwujemy zmagania rodzeństwa z perspektywy nastolatki Esch, która przez dwanaście dni przed uderzeniem Katriny opowiada nam o wszystkim, co widzi. W Esch narasta strach, czuje bowiem, że nadciągający huragan będzie najsilniejszym z tych, które widziała w swym krótkim życiu. Czy rodzina zdoła się przed nim uchronić w lichym domku? Czy zabite byle jak kawałkami desek okna wytrzymają napór wiatru? Dziewczyna ma złe przeczucia, a boi się tym bardziej, że odpowiada za jeszcze jedno życie – to, które w sobie nosi.

Zwierzęta czmychają przed nami w cienistych leśnych jarach. W plamach słońca świergoczą ptaki. Zgarbiony Skeet przecina las. Idąc, pochyla się, wpatruje się w ziemię. Hałasuję za nim, szuram stopami po ściółce. Unoszę wysoko kolana, staram się lekko stawiać stopy, ale nie mogę złapać równowagi. To, co będzie dzieckiem, zachowuje się w moim brzuchu jak wypełniony wodą balon, który zaraz pęknie. Ten sekret sprawia, że nie czuję się swobodnie.

Brak nadziei – to dwa pierwsze słowa, które nasuwają mi się, gdy myślę o „Zbieraniu kości”. Ten stan jest tu wszechogarniający: nie chodzi bowiem tylko o nadciągający huragan. Nie ma ratunku dla pijącego ojca, dla jego dzieci żyjących w biedzie, biegających po lesie, by upolować jakąś biedną wiewiórkę, którą będą mogli zjeść, wykradających leki dla psa od białoskórych sąsiadów; nie ma nadziei dla Esch i jej dziecka. Od początku wiemy, że tym bohaterom nic się nie uda i beznadzieja oblepia nas jak błoto. Z tego powodu książkę czyta się trudno, wszystko jest tu wychudzone i brudne mimo starań, nawet wychuchana przez Skeeta suka China, która bierze udział w walkach psów. Nawet jej lśniąca, biała sierść lśni tylko chwilę, zanim ubrudzi się ziemią i krwią.

Trudno mi się było w tę powieść wgryźć, bo stawia opór, ale warto ten opór przełamać. Jesmyn Ward ma bowiem niezwykły dar klarownego pisania o rzeczach trudnych, od których inni chętnie odwracają wzrok. Społeczne wykluczenie, krąg najbiedniejszych wśród biednych (białoskóra ludność Bois Sauvage również jest biedna, ale nie tak biedna jak ciemnoskóra), przekreślone marzenia o lepszym życiu, zmarnowane mądrości i talenty. Widać to choćby u narratorki Esch, która z zapałem czyta mitologię i utożsamia się z Medeą, żoną Jazona. Tak jest również z Randallem, który miałby szansę w sporcie, ale życie mu jej nie daje. Katrina zmiata nawet salę, w której rozgrywał z innymi mecze:

Stoimy grupką i gapimy się na ruiny, a potem odchodzę o krok, i wszyscy odchodzimy, a Randall jako ostatni, bo ogląda się bez przerwy na salę gimnastyczną, która tutaj stała, ale już jej nie ma. Kable elektryczne wiją się po zarzuconej szlamem drodze niczym grube, leniwe węże: przeskakujemy przez nie.

Czym jest tytułowe zbieranie kości: składaniem do kupy dziedzictwa, a może zbieraniem szczątek po huraganie? Może szukaniem punktów wspólnych, jakiejś bliskości między ludźmi, może ma miejsce wtedy, gdy Esch wczepia się w plecy Skeeta, szukając pocieszenia i mu je dając równocześnie? Może jest jak przebłysk, jak mgnienie, a może jak niszczycielski wiatr i woda, nie wiadomo.

Dlaczego warto tę powieść przeczytać? Z pewnością dla pięknego języka, w którym naturalizm miesza się niespodziewanie z liryzmem. Styl Ward jest mocny i wyrazisty, świetnie pasuje do świata, o którym opowiada. Autorka portretuje swoich bohaterów bez litości, pokazując wszystkie ich słabości i skazy, ale dzięki temu są bardziej prawdziwi, a my możemy im współczuć. Ciemne chmury wzbierają tu metaforycznie, jak i całkiem dosłownie, a huragan dudni i niszczy wszystko nie tylko na zewnątrz, ale i w sercu Esch. Muszę przyznać, że „Zbieranie kości” nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak „Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie”: może to kwestia tego, że powieść jest o kilka lat młodsza, a przez to nie tak dopracowana jak tamta. Nie zmienia to faktu, że to bolesna, ale dobra lektura. Nie pozwoli Wam pozostać obojętnymi.

5-/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu:

logo_poznańskie

3 myśli w temacie “„Zbieranie kości” J. Ward

  1. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

  2. Prawda, że tłumacze często są niedoceniani w Polsce. Myślę jednak, że powoli, bardzo powoli się to zmienia.

  3. Pingback: Podsumowanie maja | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s