„Ani złego słowa” U. Iweala

Autor: Uzodinma Iweala

Tytuł: Ani złego słowa

Wydawnictwo: Poznańskie

Liczba stron: 272

Rok pierwszego wydania: 2018

Tłumaczenie: Piotr Tarczyński

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Lubię się konfrontować z odmiennymi od mojego punktami widzenia, tylko tak bowiem mogę spróbować zrozumieć Innego. Inny, czyli nie biały, heteronormatywny Europejczyk, ktoś wykluczony poza znany mi krąg osób, różny. Inny, którego warto poznać, któremu warto oddać głos. Gdy więc sięgałam po „Ani złego słowa” Uzodinmy Iweali, byłam potrójnie daleka od perspektywy jego bohatera: nigeryjskiego, religijnego chłopaka mieszkającego w Stanach Zjednoczonych, który pewnego dnia dopuszcza do siebie trudną myśl, że jest gejem. Cóż mogę wiedzieć o tych emocjach? Po trzykroć nic, a jednak chcę poznać tę perspektywę i spróbować zrozumieć. Czego uczy mnie historia Niru?

756590-352x500Po pierwsze, że można wyemigrować ciałem, ale nie duszą, która ciągle tkwi w Nigerii. Dużo mówi się o tradycji, o tym, że pamiętanie o swym pochodzeniu jest istotne: to piękna postawa, co jednak, gdy łączy się z pogardą dla kraju, w którym żyjemy, pracujemy, płacimy podatki, zawieramy przyjaźnie i doświadczamy pierwszych miłości? Wtedy kurczowe trzymanie się swoich korzeni jest trudne, bywa przejawem uprzedzeń i strachu. Tak żyje ojciec Niru, surowy, bardzo religijny, konserwatywny. Tak po trosze żyje jego matka, ona jednak próbuje się wpasować w amerykańską rzeczywistość, którą on tak gardzi. A co z Niru, nastolatkiem, który stara się być typowym amerykańskim chłopakiem? Co z nim, który jest wybitnym sportowcem, w szkole ma najlepszą przyjaciółkę Meredith, białą, więc widać, że kolor skóry w Ameryce nie jest żadnym problemem, co z tym zdolnym chłopcem, który marzy o tym, żeby iść na  Harvard? Rzeczywistość nie jest taka prosta.

Po drugie nauczyłam się więc (a raczej sobie o tym boleśnie przypomniałam), że w multikulturowej Ameryce, w tym wspaniałym miejscu, gdzie spełniają się marzenia, wciąż mocno obecny jest rasizm, a ciemnoskórzy są obywatelami drugiej kategorii. Gdy jest jakiś problem, jakiś konflikt na linii białoskóry-czarnoskóry, to zdaniem społeczeństwa winny jest ten drugi. Zawsze. Wiecie, że z badań wynika, że biali funkcjonariusze policji traktują czarnych obywateli bardziej surowo niż białych? Że zdarza się, że postrzelą takiego człowieka tylko dlatego, że ma ciemną skórę i wyda się im podejrzany? Taką rzeczywistość opisuje Iweala, sam będący Amerykaninem nigeryjskiego pochodzenia, mieszkający w Nowym Jorku. W takiej rzeczywistości żyje jego bohater, Niru. A w dodatku chłopak odkrywa, że jest gejem. Czy powie o tym rodzicom w oczyszczającej, wzruszającej rozmowie, a oni przyjmą go z otwartymi ramionami? To nie ten typ historii, tu nic nie jest łatwe.

Po trzecie więc, tu rządzi wstyd. Wstyd, bo Niru uważa, że to, co robi, jest złe. Wstyd, który każe mu w tajemnicy, za namową Meredith, pisać z innymi homoseksualnymi chłopakami przez internetowe aplikacje. Palący wstyd, gdy ojciec odkrywa te rozmowy na jego telefonie. Wstyd syna, że nie spełnia oczekiwań ojca. Wstyd ojca, że syn dopuścił się czegoś takiego. Nie ma szans na dialog.

Czuję, że ilekroć musi dzielić ze mną tę samą przestrzeń, robi się zagubiony, lękliwy, niepewny. To wciąż ja, chcę mu powiedzieć, twój syn, ale to niespecjalnie by pomogło, skoro jestem obecnie uosobieniem wszystkiego, co złe na świecie. Jakim cudem człowiek taki jak mój ojciec, który wszystko zawsze robił jak należy, mógł zostać nagle obarczony takim problemem?

Po czwarte i ostatnie, nauczyłam się też, że czasem to, że ktoś chce dobrze, jest niewystarczające, a nieprzemyślane decyzje mogą mieć tragiczne konsekwencje. To bardzo bolesna, emocjonalnie wykańczająca książka, którą jednak absolutnie warto poznać. To zupełnie inna Ameryka niż jej tolerancyjna, poprawnościowa odsłona z powieści „Twój Simon” Becky Albertalli. Tu orientacja głównego bohatera nie spotyka się ze zrozumieniem otoczenia, a wręcz jest czymś wstydliwym, hańbą, którą należy zmyć za pomocą wiary i modlitwy. Nieszczęsny Niru jest odtrącony przez oba światy: nigeryjski świat wiary i tradycji oraz nowoczesny, ale akceptujący tylko wpisujący się w ustalone normy świat szkolny. Jego przyjaciółka Meredith, latami zakochana w Niru, również nie umie, choć przynajmniej próbuje, być wsparciem dla chłopaka. I choć z pozycji osoby dorosłej, stojącej z boku, poza drenującymi bohaterkę emocjami, można ją łatwo ocenić, to należy pamiętać, że to tylko nastolatka, dla której cała ta sytuacja również na swój sposób jest niezmiernie trudna.

Jest więc wina, ale kto jest winny? Kogo wskazać palcem? Iweala nie daje łatwych rozwiązań. Drąży, porusza w nas najsilniejsze emocje, wgryza się nam w dusze i sumienia jak czerw, nie pozwalając tej historii po prostu stać się jedną z wielu, jakie przeczytaliśmy. „Ani złego słowa” to proza mocna i ważna: a choć można się zżymać, że tyle już mówiono o rasizmie, o nietolerancji osób LGBT, o problemach nastolatków, to jednak świadectwo Iweali nie jest przez to mniej ważne, a tym bardziej zbędne. To lektura z gatunku tych, które bolą. Mają boleć. A my powinniśmy wiedzieć.

5+/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu:

logo_poznańskie

2 myśli w temacie “„Ani złego słowa” U. Iweala

  1. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

  2. Pingback: Podsumowanie października | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s