Autor: Richard Flanagan
Tytuł: Pierwsza osoba
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 450
Rok pierwszego wydania: 2017
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Źródło: Egzemplarz recenzencki
W 2018 roku nadszedł ten moment, gdy wszystkie powieści Richarda Flanagana w Polsce zostały wydane i czytelnikom pozostało jedynie czekać na nową książkę autora. I oto jest: „Pierwsza osoba”. Rzecz o tyle zaskakująca, że mocno odmienna od tego, co wcześniej prezentował nam autor – zamiast szerokiego tła mamy skupienie na detalu, zamiast wielu bohaterów, których losy tworzą jedną całość, mamy dwóch mężczyzn, których życia składają się z niepasujących do siebie elementów, zamiast historii całego narodu, historię jednego człowieka żyjącego tysiącem żyć. Czy nowa książka Richarda Flanagana spełniła moje oczekiwania?
Czy wszystko jest usprawiedliwione, gdy dążysz do spełnienia swoich marzeń? Kif Kehlmann to młody początkujący pisarz, który wciąż czeka na debiut, a póki co ledwie wiąże koniec z końcem, próbując utrzymać siebie i swoją rodzinę: żonę, która jest w bliźniaczej ciąży oraz ich córeczkę. Kif marzy o napisaniu książki, która odciśnie piętno na australijskiej (a może i światowej) literaturze, jednak póki co nic nie wynika z jego ciężkiej pracy. I wtedy pewnej nocy dzwoni telefon: to Siegrfied Heidl, najsłynniejszy oszust w dziejach Australii, który ma dla niego pewną propozycję. Kanciarz czeka na proces, odkryto bowiem, że okradł banki na 700 milionów dolarów. Jest też wplątany w niejasne powiązania z CIA, NASA i w zabójstwo wspólnika. Teraz szuka kogoś, kto zostanie jego ghostwriterem, chce bowiem stworzyć autobiografię. Kif miałby na to 6 tygodni, ale dostałby wynagrodzenie rzędu 10 000 dolarów. Mężczyzna toczy krótką bitwę, w której ideały mieszają się z wizją postawienia swej rodziny na nogi i uzyskania czasu potrzebnego, by dokończyć swą własną powieść – w końcu zgadza się na propozycję Heildla. Jaką cenę przyjdzie mu za to zapłacić?
Czasami przesuwałem ręką za oparciem naszej starej kanapy w poszukiwaniu monet, których potrzebowałem, żeby zebrać całą kwotę. Wieczorami i w weekendy naprawiałem stare meble, znalezione na śmietnisku, przemalowałem komodę i zastanawiałem się, jak zdołamy pomieścić troje dzieci w jednej ciasnej sypialni. Liczyłem i liczyłem, ale pisanie zawsze było jakby drugą osobą, a życie pierwszą, i czasem nie zostawało nam nic na jedzenie, żyliśmy więc o soczewicy albo grochówce, dopóki znowu nie pojawiało się trochę pieniędzy.
„Pierwszą osobę” można czytać na kilku poziomach: to historia początkującego pisarza, którego życie się zmienia, gdy spotyka Siegfrieda Heidla, niezwykle charyzmatycznego i wyrazistego człowieka, to historie (bo jest ich wiele) największego kanciarza w dziejach Australii, który oszukał wszystkich poza sobą i który wszystkim wmówił, że jest sprytny i najlepszy, tylko sam nie mógł w to uwierzyć, ale także historia autotematyczna, czyli powieść o pisaniu powieści. Jest tu również wiele gorzkich przemyśleń o współczesnym świecie, o rodzinie, o kompromisach, na jakie nie zawsze warto iść. Jest pytanie o to, co to znaczy być pisarzem, na co można sobie pozwolić i czy pewne działania to jeszcze determinacja czy już żałosne wymówki. Jest to wreszcie opowieść o życiu jako wielkiej bladze, w której nigdy nie wiemy, czy pod jednym kłamstwem i maską nie znajduje się następna, zupełnie jak w kreskówce Scooby Doo. To wprawia w podziw, ale czasem męczy.
Zaprzeczał swoim kłamstwom nowymi kłamstwami, a potem zaprzeczał własnym zaprzeczeniom. Jak gdyby nie potrafił żyć inaczej niż w chaosie samozaprzeczeń. Z konieczności niepełne opowieści Heidla zamiast negować ich rzekomą prawdę, potwierdzały ją. Nie twierdzę, że celowo dbał o to, żeby te jego sączone kropla po kropli historie nigdy do siebie dobrze nie pasowały, a często stały ze sobą w sprzeczności, ale jako odruchowy podstęp jego postępowanie okazało się bardziej niż skuteczne. Zadanie pogodzenia takich bulwersujących kłamstw spoczywało bowiem nie na nim, tylko na tobie, na każdym jego słuchaczu.
I Flanagan stawia nas w dokładnie takiej samej sytuacji, w jakiej postawił Kifa Siegfried: nie dowiadujemy się, co jest prawdą, nie otrzymujemy do dyspozycji wszystkowiedzącego narratora, który powie na końcu „to było tak, tak i tak, a to zwykłe kłamstwo”. Drażni nas to, że nic nie rozumiemy, że dajemy się wplątać w tę sieć przeinaczeń, mijania się z prawdą i zwykłego blagierstwa, a równocześnie od pewnego momentu nie potrafimy się oderwać od historii Heildla, jakby i na nas rzucił on swój czar. A skoro nie ma żadnego Heidla, jest tylko pisarz piszący o pisarzu, który pisze o oszuście, to kto tu pisze, a kto jest oszustem? Kto dał się nabrać, Kif czy my sami? „Pierwsza osoba” pełna jest krzywych luster, w których odbija się świat, jaki nie istnieje w rzeczywistości. I mimo że lektura tym razem trochę mnie męczyła, to mam przewrotne wrażenie, że o taki właśnie efekt chodziło Richardowi Flanaganowi. A może to kolejna oszukańcza warstwa? Nie wiemy i nigdy się nie dowiemy.
Czy więc nowa książka autora mnie zawiodła? Nie, ale sprowadziła na manowce, nie, ale momentami nużyła. Trudno mi jednak czynić zarzut z czegoś, co wydaje się doskonale przemyślaną i zrealizowaną strategią pisarską. Ależ spryciarz z tego Flanagana! Czytajcie, zgubcie się w labiryncie krzywych luster. Kto wie, może któreś na przekór odbije prawdziwą twarz Siegfrieda Heidla?
4+/6
Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu:
Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku
Czeka u mnie w stosiku. Czasem tak mam, że odkładam długo wyczekiwaną książkę, żeby przeczytać w idealnym momencie…. Trochę to głupie, ale cóż, tak już mam 😛
Nie, czemu głupie? 🙂 U mnie książki czekają czasem na swój moment latami. No ale w przypadku egzemplarzy recenzenckich nie ma się tego luksusu 😉
Ty mnie zawsze rozumiesz 😍😍
Po Flanagana zawsze sięgam w ciemno i jeszcze nigdy się nie zawiodłam. To ciekawe, że tym razem nie zobaczymy już pełnej panoramy zdarzeń i postaci i czy to nie wpływa nieco na jednak mocno specyficzny styl autora? Cóż, przekonam się w tzw. stosownym momencie 😉
Na styl moim zdaniem za bardzo nie wpłynęło, nadal widać, że to Flanagan 🙂 Mimo wszystko książka mnie trochę zaskoczyła.
Pingback: Podsumowanie maja | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku