„Przemytnicy książek z Timbuktu” Ch. English

Autor: Charlie English

Tytuł: Przemytnicy książek z Timbuktu

Wydawnictwo: Poznańskie

Liczba stron: 495

Rok pierwszego wydania: 2017

Tłumaczenie: Krzysztof Cieślik

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Nie będę ukrywać: o wojnie domowej toczonej w Mali w latach 2012-2014 wiem pewnie tyle, co przeciętny Europejczyk. Była, jak każda wojna domowa, tragiczna i krwawa. Zginęło wielu ludzi, w tym na pewno wielu niewinnych, których jedynym grzechem było mieszkanie w zarzewiu konfliktu. Jest też inny wątek tej wojny w Afryce, jeszcze mniej znany: to brawurowa akcja kilkunastu osób, które postanowiły narazić swoje zdrowie i życie, by przewieźć w bezpieczne miejsce manuskrypty, które były bezcennym dorobkiem afrykańskiej cywilizacji. Jakże mogłabym nie przeczytać książki na taki temat?! Nie było wyjścia, musiałam sięgnąć po „Przemytników książek z Timbuktu”.

616942-352x500Jeśli kojarzycie już podobną historię, tylko tytuł książki Wam nie pasuje to spieszę wyjaśnić, że tak, był już reportaż na ten sam temat, wydany w Polsce przez wydawnictwo Agora – „Hardcorowi bibliotekarze z Timbuktu” Joshui Hammera. Trochę zabawnie się złożyło, że w przeciągu roku pojawiły się w Polsce dwie książki dokładnie o tym samym, ale… Są i plusy: dwa razy większa szansa, że ludzie usłyszą o sytuacji w Timbuktu i dwa punkty widzenia. Ja nie czytałam książki Hammera, więc nie mam porównania. Wiem tylko, jak do tematu podszedł Charlie English. Dziennikarz „The Guardian” postawił na dwie narracje: jedna opisuje czasy wojny domowej w Mali i starania bibliotekarzy opiekujących się manuskryptami o wywiezienie ich z zagrożonych przez dżihadystów terenów, druga to opowieść o odkrywaniu Timbuktu przez Europejczyków i Amerykanów – to też historia o legendzie „Tenbuchu”, „Tanbutu” czy „Tombouctou”, jak bywało nazywane przez wieki, czyli złotego miasta.

Te dwa wątki czasowe przeplatają się: to jest raz dostajemy rozdział o historii odkrycia Timbuktu, raz o teraźniejszości, gdy dżihadyści plądrują miasto, zabijając mieszkańców i niszcząc wszystko, co ich zdaniem jest niezgodne z nauką Koranu (to, że przeinaczają Koran dla swych potrzeb to oczywiście zupełnie inna opowieść), nieważne, ile setek lat stało nieniepokojone na tej ziemi. Mieszkańców miasta ogarnia strach, wielu z nich ucieka w bezpieczniejsze miejsca. Lecz są ci, którzy postanawiają zostać i spróbować ocalić wielowiekowe manuskrypty, których pełno jest w mieście. Zazwyczaj znajdują się one w prywatnych rękach, a rodziny, które je posiadają, są właścicielami ledwo kilkunastu pism. Są też jednak takie osoby jak Abdel Kader Haïdara, który odziedziczył po ojcu znaczną bibliotekę, i który teraz, w obliczu zagrożenia, zaczyna gromadzić jeszcze więcej manuskryptów. On i inni bibliotekarze postanawiają potajemnie wywieźć z kraju ponad pół miliona dokumentów. Jak tego dokonać?

Charlie English opisuje wszystko z dziennikarską skrupulatnością, która momentami męczy. Reportażysta zebrał podczas swojej pracy mnóstwo danych, dat i nazwisk, a wszystkimi chce się podzielić z europejskim czytelnikiem. Nie zrozumcie mnie źle: to świetna, ważna książka, którą przeczytałam ze sporym zainteresowaniem, jednak nie jest to lektura łatwa. English nie mógł opowiedzieć historii o przemytnikach książek z Timbuktu bez wytłumaczenia najnowszej historii kraju i zależności, jakie w nim znajdziemy, musiał się też mniej lub bardziej odwołać do dawnych dziejów miasta, by pozwolić nam zrozumieć legendę i znaczenie tej afrykańskiej stolicy, jednak mam wrażenie, że w pewnym momencie pogubił się nieco w gąszczu informacji. Wraz z nim gubi się też odbiorca, czyli czytelnik.

Hall [docent z Uniwersytetu Duke’a, znawca muzułmańskiego dziedzictwa Afryki Zachodniej] nie wątpił w to, że ewakuowano manuskrypty ze starego budynku Instytutu Ahmeda Baby, biblioteki Fondo Kati czy Mammy Haidary. „Dobrze umocowani wysocy urzędnicy w malijskim rządzie już na samym początku utrzymywali, że rękopisy [ze starego budynku instytutu] były w przeważającej mierze bezpieczne i że ukryto je bądź przemycono z Timbuktu podczas okupacji salafitów” – stwierdził w przypisie do swego referatu. Ale informatorzy z Timbuktu powiedzieli mu, że wiele innych zbiorów w trakcie okupacji zostało w mieście i że niektóre przywieziono do Bamako dopiero po wyzwoleniu, aby uwiarygodnić twierdzenie, że ewakuowano tak ogromną liczbę dokumentów. Historia została mocno rozdmuchana na potrzeby międzynarodowych mediów, a skutkiem był wielki zastrzyk zachodniej gotówki dla Savamy.

Czy potępiam więc bibliotekarzy z Timbuktu? Bynajmniej, szanuję ich za ogrom niebezpiecznej pracy, którą wykonali, by ocalić… literaturę i dziedzictwo kulturowe. Pamiętać jednak trzeba, że nie wszystkie informacje, jakie dotarły do Europy czy USA na ten temat, są prawdą. Podobnie jest przy lekturze „Przemytników książek z Timbuktu”, gdzie autor na koniec dzieli się z czytelnikami swoją niepewnością co do absolutnej szczerości Haïdary. Tak czy inaczej reportaż Charliego Englisha jest fascynujący, mimo pewnych dłużyzn w części współczesnej. Muszę przyznać, że część „geograficzna” była dla mnie jako całość ciekawsza, ale należy pamiętać, że jest to jedynie tło dla wstrząsającej historii o dzielnych bibliotekarzach z Timbuktu.

4/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu:

logo_poznańskie

Reklamy

2 myśli w temacie “„Przemytnicy książek z Timbuktu” Ch. English

  1. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

  2. Pingback: Podsumowanie sierpnia | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s