„Zawsze mieszkałyśmy w zamku” S. Jackson

Autor: Shirley Jackson

Tytuł: Zawsze mieszkałyśmy w zamku

Wydawnictwo: Replika

Liczba stron: 224

Rok pierwszego wydania: 1962

Tłumaczenie: Ewa Horodyńska

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Dopiero co miałam okazję czytać „Nawiedzony Dom na Wzgórzu”, a dosłownie chwilę później na rynku książki pojawiło się wznowienie kolejnej klasycznej powieści Shirley Jackson, czyli „Zawsze mieszkałyśmy w zamku”. Tam głównym czynnikiem grozotwórczym był dom i jego oddziaływanie na mieszkańców, tu zaś lęk i szaleństwo są lepiej widoczne, uosobione w postaci Merricat Blackwood. Co jednak zrobić w momencie, gdy szaleństwo zdaje się pociągająco normalne, a zagrożenie nadchodzi z zewnątrz, z miasteczka?

629177-352x500Merricat mieszka w starannie odgrodzonym od świata domostwie ze swoją siostrą Constance i niedomagającym wujem Julianem. Od czasu, gdy połowa rodziny umarła w męczarniach po zjedzeniu dania z arszenikiem, pozostali jej członkowie żyją dziwnym, wynaturzonym życiem. Niby Constance została uwolniona od zarzutu poczwórnego morderstwa, ale… mieszkańcy miasteczka nie ufają rodzinie Blackwoodów. Młodsza siostra, Merricat, wymyka się od czasu do czasu z domu do miasta, by zrobić zakupy i pożyczyć kolejne książki z biblioteki. Stara się też za wszelką cenę chronić przed ostracyzmem społecznym i złymi słowami delikatną Constance. Jednak uszczuplona liczebnie rodzina nie jest już dobrze widziana w miasteczku, w związku z czym Blackwoodowie chowają się za murami domu, dobrowolnie więżąc się w jego murach, będąc dosłownymi wyznawcami zasady: mój dom – moja twierdza. Tylko tam czują się bezpiecznie. Nie wiedzą jednak, że świat upomni się o nich i o dom – a jego wysłannikiem będzie kuzyn Charles…

Był to nasz ostatni piękny, wiosenny dzień, aczkolwiek, jak by podkreślił stryj Julian, nawet się tego nie domyślaliśmy. Zjadłyśmy z Constance lunch, chichocząc i nie mając pojęcia, że gdy napawałyśmy się szczęściem, on już dobierał się do zamkniętej bramy, zerkał w głąb ścieżki i krążył po lasku, powstrzymywany chwilowo przez ogrodzenie naszego ojca.

Shirley Jackson oddaje w tej historii głos Merricat, która opowiada o wszystkich zdarzeniach ze swojej perspektywy – a, nie ukrywajmy, jest to perspektywa spaczona. Czy możemy ufać komuś, kto już w pierwszych zdaniach wyjawia nam, że „często myśli, że mógłby się urodzić wilkołakiem, bo dwa środkowe palce obu jej rąk są jednakowej długości”? Czytelnik widzi więc od razu z jakiego typu narratorem ma do czynienia i uważa na każde słowo Merricat. Z jednej strony zabieg ten budzi pewne lekceważenie (dobra, od razu widzę, że nie mogę jej ufać, to wariatka!), z drugiej – im dłużej słucha się szalonej historii najmłodszej Blackwoodówny, tym częściej widzi się w jej wizji świata pewną pokrętną logikę. I tu czeka na odbiorcę pułapka: może nadejść moment, gdy zacznie on współczuć rodzinie i postrzegać świat ich oczami.

A każda pozostała przy życiu postać tej rodziny to ciekawy przypadek dla psychologa: Merricat to psychotyczka, jej siostra Constance – neurotyczka… A i wuj Julian, który cudem przeżył konsumpcję deseru z jagód z arszenikiem, zdecydowanie nie jest zdrowy na umyśle… Trzeba więc oddać sprawiedliwość Shirley Jackson, że świetnie wykreowała swoje postaci, ale cóż z tego, kiedy ich magia na mnie nie działa? Widzę, co autorka chciała tu osiągnąć, ale może właśnie dlatego, że widzę to tak wyraźnie, nie dałam się omotać opowieści Merricat. Zamiast współczuć dziewczynom i stać po ich stronie, łapałam się wciąż na myśli: Im wszystkim potrzebny jest dobry specjalista! Niech ktoś z miasteczka wreszcie weźmie te dziewczyny do lekarza! Sama nie wiem, z czego to wynika, bo podobny zabieg zastosowany w „Nawiedzonym Domu na Wzgórzu”, gdzie mogliśmy obserwować niewytłumaczalne zjawiska oczami Eleonory, zadziałał na mnie modelowo. Może właśnie to kwestia tego, że Jackson serwuje nam drugą historię opartą na tym samym schemacie?

Nie da się ukryć, że proza autorki budzi sprzeczne uczucia. Jedni chwalą nastrój grozy, inni narzekają na powolną akcję. Ja doceniam klimat, jaki buduje w swoich książkach Shirley Jackson, ale nie zawsze daję się omotać szalonemu narratorowi jej opowieści. Wygląda na to, że to działa tylko raz, a ja zużyłam mój kredyt zaufania na „Nawiedzony Dom na Wzgórzu”. „Zawsze mieszkałyśmy w zamku”, mimo że również jest dobrą powieścią grozy, nie zrobiło już na mnie aż takiego wrażenia. Sądzę jednak, że warto dać autorce szansę i przekonać się, czy duszna atmosfera, jaką kreuje w swoich historiach, na Was działa. Może spróbujecie wejść za pilnie strzeżone mury posiadłości Blackwoodów, by sami przekonać się, jaka jest prawda o pewnej kolacji, na której deserem były jagody z arszenikiem…

4/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję wydawnictwu Replika:

replika logo

Reklamy

Jedna myśl w temacie “„Zawsze mieszkałyśmy w zamku” S. Jackson

  1. Pingback: Podsumowanie czerwca | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s