„Artemis” A. Weir

Autor: Andy Weir

Tytuł: Artemis

Wydawnictwo: Akurat

Liczba stron: 418

Rok pierwszego wydania: 2017

Tłumaczenie: Radosław Madejski

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Eksploracja kosmosu to coś, co silnie działa na naszą wyobraźnię. W momencie, gdy powierzchnia Ziemi nie ma dla nas już prawie żadnych tajemnic, patrzymy w niebo i marzymy o stawianiu naszych kroków na nowych planetach. Pierwszym obiektem, na którym stanął człowiek był Księżyc – nasz naturalny satelita. Jako że jest najbliżej Ziemi i stosunkowo łatwo do niego dolecieć, naukowcy wciąż zastanawiają się, czy można by założyć na nim kolonie. Andy Weir, autor bestsellerowego „Marsjanina”, przekuł tę ciekawość w powieść science-fiction, a jeśli chcecie zapoznać się z autorską wizją księżycowego życia, możecie sięgnąć po jego najnowszą książkę, „Artemis”.

609873-352x500Tytułowe Artemis to małe miasteczko na Księżycu, a dokładniej – to jedyne miasteczko na Księżycu. Pod specjalną, zapewniającą bezpieczeństwo kopułą żyją stali mieszkańcy, prosperują hotele i centra rozrywki, w których zabawiają się turyści, bogacze wiodą wystawne życie w swoich kosmicznych mieszkaniach, a przeciętni mieszkańcy, cóż… Muszą sobie jakoś radzić. Życie w Artemis nie jest ani lepsze, ani łatwiejsze niż to na Ziemi: wie o tym dobrze Jazz Bashara, wyszczekana dziewczyna, która stara się polepszyć swój byt. Jazz pracuje jako kurier, co przynosi jej bardzo małe zyski, dorabia sobie więc drobnym przemytem. Nieudany egzamin na członka Gildii Eksploratorów grzebie jej szanse na lepszą przyszłość i powoduje, że dziewczyna szuka innych, niekoniecznie legalnych, możliwości zarobku. Kiedy więc dostaje intratną, choć niebezpieczną propozycję udziału w przestępstwie od jednego z kosmicznych tuzów, nie waha się długo. Jedna akcja, a będzie ustawiona do końca życia! Jazz nie zdaje sobie sprawy, że wplątała się w polityczną grę o wpływy, a nawet o istnienie Artemis i życie jej mieszkańców.

Jaki mam problem z tą książką? Taki, że jest głęboka jak pięciomilimetrowa warstwa pyłu na księżycowych skałach i zabawna mniej więcej tak jak zepsuty kosmiczny skafander. To, co Andy Weir zrobił w „Artemisie” to pisarskie pójście na łatwiznę. Każdy fan sci-fi wzdrygnie się na realizację tego skądinąd ciekawego, choć na pewno nie nowatorskiego pomysłu na fabułę, jaką jest przedstawienie kolonizacji Księżyca. Po początkowych opisach trudów, z jakimi muszą mierzyć się mieszkańcy, po scenie, w której Jazz ledwo uchodzi z życiem z powodu nieszczelnego skafandra, po akcji z łazikami (nie wdając się w szczegóły, żeby nie zdradzić zbyt wiele) okazuje się, że w książce ważniejsza staje się polityczna zagrywka i walka o wpływy. Okej, umówmy się, ta cała księżycowa otoczka w ogóle nie była potrzebna autorowi do opowiedzenia tej historii. Ona, pominąwszy parę szczegółów, mogła równie dobrze dziać się gdziekolwiek na Ziemi.

Dlaczego więc to zrobił? Może dlatego, że czuł się bezpiecznie w znanym już sobie gatunku, jaki na potrzeby tej recenzji nazwę „przygodowym science-fiction”. „Marsjanin” został przyjęty bardzo entuzjastycznie (i ja również dołączyłam do tych głosów), bowiem sprawdzał się jako lekkie sci-fi, gdzie niecodzienna sytuacja i błyskotliwy główny bohater pozwalali przymknąć oko na pewne mało prawdopodobne elementy fabuły. Co więc robi teraz Andy Weir? Odcina kupony. Tam był kosmos, no to tu też. Tam była przygoda, wrzućmy ją i tutaj. Tam były wielkie trudności do pokonania, dajmy je i w nowej książce. No, rozumiecie ten mechanizm. Ale co zawiodło, skoro zdawałoby się, że pisarz znalazł sposób na sukces?

Pierwszy problem to główna bohaterka. Jazz, której ponoć „nie da się nie polubić” (hasło z materiałów promocyjnych) działała mi na nerwy przez całą powieść. Cwaniacka drobna przemytniczka, która dla pieniędzy jest w stanie zrobić wszystko i nie ma przy tym na tyle oleju w głowie, by choć przez chwilę zastanowić się, czy jej działania nie stanowią zagrożenia dla innych, nie jest takim typem postaci, z którą chciałabym się zaprzyjaźnić. Nie wspominając już, że jej kreacja jest ciut niekonsekwentna, bo z tokiem akcji niczym nieprzejmująca się bad girl nagle… zaczyna się przejmować. I ratować Ziemię… to znaczy Księżyc.

Po drugie, humor. Podobno jest tego typu, że na próżno szukać go w innych książkach. Może to i lepiej, bo nie pamiętam, bym podczas lektury „Artemis” zbyt często się śmiała. Może gdybym miała piętnaście lat to bawiłaby mnie riposta „pie*dol się”, powtarzana namiętnie przez Jazz. Serio, nie liczyłam, ile razy bohaterka użyła tego sformułowania, ale ona chyba naprawdę sądzi, że to świetna odpowiedź na wszystko.

Po trzecie, hollywoodzkość. Nie wiem, czy Weir podpisał już kontrakt na film, ale ta powieść wręcz ocieka amerykańskim, biało-czerwono-granatowym lukrem. Wszystko jest takie ostentacyjnie widowiskowe: opisy księżycowego miasta, wycieczki turystyczne poza zamieszkaną strefę, transakcje handlowe, lokalni gangsterzy, pościgi, wybuchy i Bardzo Tajemne Knowania Tych Złych. Naprawdę, czekałam tylko aż zabrzmi nagle „Gwieździsty Sztandar”, ale może na Księżycu obowiązuje inny hymn, szczególnie biorąc pod uwagę, że przywódcą całego tego grajdołu jest kobieta kenijskiego pochodzenia.

Spodziewałam się naprawdę fajnej literatury rozrywkowej i niestety mocno się zawiodłam. Fakt, książkę czyta się szybko, dzieje się dużo i widowiskowo, ale to jeszcze nie sprawia, że powieść jest dobra. To mocno przeciętny tytuł, który nie zostanie na długo w mojej głowie. Kiedy wyjąć ją z papierka z napisem kolejny tytuł autora bestsellerowego „Marsjanina” to okaże się, że w środku niewiele zostaje. Ot, przygodówka ubrana w kosmiczne łaszki, które zdają się wyjęte z powieściowego odpowiednika odzieży używanej. Jeśli szukacie rozrywki na niespecjalnie wysokim poziomie, możecie spróbować, jeśli jednak oczekujecie czegoś więcej, raczej sobie odpuśćcie.

3-/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję wydawnictwu Akurat oraz firmie Business & Culture:

logo_akuratlogo_BusinessCulture655

Reklamy

11 myśli w temacie “„Artemis” A. Weir

  1. Pingback: Podsumowanie grudnia | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

    • Wreszcie ktoś, kto lubi Jazz 😀 Więc może jednak informacja prasowa tak do końca nie kłamała 😛

      Ja mam wrażenie, że po pierwsze ta książka mogłaby mi się bardziej spodobać, gdybym miała z 10 lat mniej, a po drugie – gdybym nie znała „Marsjanina” i nie miała pewnych oczekiwań 😉

  2. Lekka, łatwa i średnio przyjemna☺ Nic nadzwyczajnego niestety, choć czyta się dobrze. Chyba raczej dla młodszego czytelnika. Po Marsjaninie lepiej jej nie czytać😆

    • Myślę, że sformułowanie „dla młodszego czytelnika” jest tu kluczem i szkoda, że tak tego nie reklamowało wydawnictwo, bo myślę, że wtedy odbiór książki byłby inny 😉

  3. Pingback: Tydzień Blogowy 1/2018 – Wielki Buk

  4. Myślę, że ciężko było mu się zmierzyć z zadaniem napisania nowej książki po tak niespodziewanym sukcesie Marsjanina. Jazz też mnie trochę denerwowała, ale to chyba najmniejszy problem w tej powieści. Na plus wiedza techniczna jak stworzyć kolonię księżycową.

  5. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s