„Moja kochana, dumna prowincja. Opowiadania” K. Filipowicz

Autor: Kornel Filipowicz

Tytuł: Moja kochana, dumna prowincja. Opowiadania

Wydawnictwo: Znak

Liczba stron: 239

Rok pierwszego wydania: 2017

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Kornel Filipowicz jest dziś pisarzem zapomnianym. A szkoda, bowiem jego twórczość wciąż ma coś do zaoferowania, także współczesnemu czytelnikowi. Jarosław Iwaszkiewicz nazwał go „jednym z najczystszych, najwybitniejszych naszych prozaików, który swą bezpretensjonalność posunął wręcz do wirtuozerii”. Dziś, jeśli kojarzy się jego nazwisko, to głównie jako wieloletniego partnera Wisławy Szymborskiej. Trochę to krzywdzące, bowiem Kornel Filipowicz miał wiele do powiedzenia na polu literatury. Twórca ten jest autorem licznych dzieł, w większości prozatorskich, choć zdarzało mu się również pisać poezje. Jednak najbardziej znany był z krótkich form – i takie wcielenie Filipowicza możemy poznać, sięgając po wybór opowiadań zebranych przez Justynę Sobolewską: „Moja kochana, dumna prowincja”.

576513-352x500W zbiorze znajduje się siedemnaście utworów Kornela Filipowicza. I choć teksty nie były dobierane tematycznie, widać wyraźnie, że pewne motywy były dla autora ważne i często powracały w jego prozie: czasy dzieciństwa, wojna, zachwyt światem przyrody. To męskie, a przy tym niezwykle czułe i uważne spojrzenie na świat – przez pryzmat dziecinnych zabaw, jak w „Nemezis”, a także dziecięcych lęków, jak w „Jutro także będzie dzień”. To opowieści o prowincji, z której każdy z nas, chcąc nie chcąc, się wywodzi, której czasem nieco się wstydzimy, ale do której w końcu powracamy, by odkryć, że nic się w niej nie zmieniło, jak w tytułowej „Mojej kochanej, dumnej prowincji”. To czasem także nieomal kryminalne opowiadania, jak świetnie budujący napięcie „Świadek, który nie umiał mówić”. To wreszcie świat sennych majaków, jak w „Gdy przychodzą we śnie” czy dogłębna, lecz czuła obserwacja świata przyrody, jak w „Kocie w mokrej trawie”.

Kornel Filipowicz zaskoczył mnie mnogością swoich wcieleń, a także aktualnością niektórych tekstów. Jak proroctwo brzmi zwłaszcza opowiadanie „Gdy przychodzą we śnie”, które można odczytywać jako tekst o problemie uchodźstwa. Brudni, głodni ludzie obcych narodowości, którzy nachodzą mieszkanie pisarza i proszą go o pomoc, której ten im udziela, choć nie bez lęku, są odbiciem współczesnych przymusowych włóczęgów, wygonionych z krajów, w których trwa wojna. Lżejszym kalibrem odznacza się tytułowe opowiadanie, w którym narrator przybywa na prowincję, by być gwiazdą spotkania autorskiego. I tu ma się wrażenie, że niewiele się zmieniło, szczególnie, jeśli chodzi o podobne wydarzenia organizowane w bibliotekach i domach kultury.

Bohater Filipowicza czuje silne związki z naturą i jest świetnym obserwatorem przyrody. Lubi uciec od zgiełku miasta i ludzkich tłumów w zielone zacisza, nad błyszczące w słońcu rzeki, gdzie łowi ryby. Tam dopiero naprawdę może być sobą:

W miejscu, które zapamiętałem, jadąc tutaj, skręciłem na przełaj przez wysoką, zroszoną deszczem trawę i szedłem, zanurzając się coraz głębiej w pustą, jakby leżącą na uboczu świata i niepotrzebną nikomu okolicę. W miarę jak oddalałem się od tamtego świata, czułem się coraz lżejszy i swobodniejszy, coraz bardziej szczęśliwy. Opadły ze mnie po kolei wszystkie niewygodne i krępujące ruchy stroje i osłony, które nosiłem na sobie tam, dla obrony przed innymi ludźmi, w celu udawania kogoś innego, niż jestem – albo po prostu dla ozdoby. Pozbywałem się też zbędnych myśli i uczuć. Zachowałem i niosłem ze sobą tylko to, co jest koniecznie do życia potrzebne.

Jak pisze Justyna Sobolewska w posłowiu, „Filipowicz z wielką uwagą skupia się na tym, co zwyczajne i codzienne, nieefektowne, a jednocześnie wydobywa tajemnicę – nie tylko człowieka, ale zwierzęcia czy przedmiotu”. To prawda: trzeba jednak dodać, że autor te zwyczajności opisuje tak pięknie, że jawią się czytelnikowi jako największe cuda. I to jest chyba największa siła prozy Kornela Filipowicza. Jego opowiadania, choć czasem naprawdę krótkie, ledwie kilkunastostronicowe, zdają się perfekcyjną całością – nic im nie brakuje. To rzadki talent, bowiem krótkie formy są nadzwyczaj niewdzięczne: czytelnik często ma wrażenie nagłego urwania akcji i poczucie niedosytu, chce wiedzieć, co działo się dalej, za ostatnią kropką. Tu tego nie ma, teksty Filipowicza są kompletne, a przy tym na dziesięciu nieraz stronach budują całe światy. To proza skupiona na jednostce, ale mówiąca coś również o całym, istniejącym dookoła nas świecie. Są tu oczywiście również teksty słabsze, ale wciąż jest to zbiór, z którym zdecydowanie warto się zapoznać.

5-/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję wydawnictwu Znak i portalowi duże Ka:

znak logoB_duzeka_logo

Reklamy

2 thoughts on “„Moja kochana, dumna prowincja. Opowiadania” K. Filipowicz

  1. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy - moje recenzje książek

  2. Pingback: Podsumowanie października + mini relacja z Międzynarodowych Krakowskich Targów Książki 2017 | Książkowe światy - moje recenzje książek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s