„Śmierć przewodnika rzecznego” R. Flanagan

Autor: Richard Flanagan

Tytuł: Śmierć przewodnika rzecznego

Wydawnictwo: Literackie

Liczba stron: 368

Rok pierwszego wydania: 1994

Tłumaczenie: Maciej Świerkocki

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Są tacy pisarze, których kolejne książki biorę w ciemno. Przyznałam im już dawno mój osobisty znak wysokiej jakości i czuję, że mnie nie zawiodą. Tak jest z Richardem Flanaganem, laureatem Nagrody Bookera cenionym przeze mnie za „Ścieżki północy” i „Pragnienie”. Tym razem miałam okazję czytać pierwszą powieść autora, czyli „Śmierć przewodnika rzecznego”. To istotne, by zdawać sobie sprawę, że to debiut, bowiem od razu zdradzę, że omawiany tytuł jest ciut słabszy niż wcześniej czytane przeze mnie książki. Gdybym nie wiedziała, że to debiut mogłabym się czuć zawiedziona, lecz skoro wiem, mogę podziwiać progres, jakiego dokonał autor.

575918-352x500Aljaz Cosini, czterdziestoletni przewodnik rzeczny, tonie. Mężczyzna przez wiele lat prowadził dla turystów (zwanych pogardliwie frajerami) spływy po podstępnej rzece Franklin. To miał być jego ostatni spływ, bowiem najlepsze czasy ma już za sobą. Właściwie sam nie wie, czemu ulega prośbie dawnego szefa, ale stało się – i doprowadziło to Aljaza do najgorszego możliwego końca. Podczas spływu do wody wpada turysta, a gdy przewodnik próbuje go uratować, zaklinowuje się pomiędzy skałami i sam zaczyna tonąć. Podczas gdy Cosini walczy z życiem, zaczynają do niego napływać (nomen omen) wspomnienia i wizje. Na pograniczu życia i śmierci przez jego głowę przesuwają się fragmenty życia jego i jego przodków, chwile, które pamięta i takie, przy których nie mógł być obecny. Objawiają mu się prawdy na temat jego rodziców i dziadków, a w końcu widzi i rozumie historię całej Tasmanii ostatnich lat. Chcąc nie chcąc jest milczącym świadkiem różnych przerażających i smutnych zdarzeń.

I na tym muszę właściwie zakończyć opis fabuły, która przez swoje poszarpanie i wielowątkowość jest bardzo trudna do streszczenia. Zamiłowanie do przeplatania ze sobą różnych linii fabularnych jest widocznej już w debiutanckiej powieści: mamy więc dość prosty wątek Aljaza Cosiniego i przygody jego wyprawy po rzece Franklin, zdaje się jednak, że to dla autora jedynie pretekst, dzięki któremu może przyjrzeć się pełnej przemocy historii Tasmanii. Od tego miejsca, jak od pnia, odchodzą kolejne odgałęzienia – historie plączą się, przerywają, ma się wrażenie, że wręcz przepychają się tak przed oczami Aljaza, jak i czytelnika, który jest zalewany ogromną liczbą migawek z czyichś żyć. To równocześnie zaleta i wada tej książki.

Zaleta, bo pozwala Flanaganowi poprzez poszczególne jednostki pokazać w miarę kompletny obraz Tasmanii ostatnich lat, z jej bolączkami, namiętnościami i przeciwnościami. Widać tu prześladowania rdzennych mieszkańców, wdrukowanie im wstydu z powodu własnego pochodzenia (czarnoskóra ciocia Ellie mówi: Nie jesteśmy aborygeńcami, nie jesteśmy bumerangi, słyszysz?) czy wykorzystywanie Aborygenów i bezprawne zabieranie ich zwłok w celach badawczych:

Kiedy jego [ostatniego Aborygena czystej krwi] ciało zabrano do szpitala, miejscowy chirurg nazwiskiem Crowther zakradł się na salę, rozciął Lanne’owi kark i szyję, wyłuskał jego czaszkę, podłożył na jej miejsce głowę jakiegoś białego żebraka, a potem pospiesznie zszył cały ten bałagan. Niedługo później przyszedł inny lekarz, Stokell, w tym samym celu, lecz ku swemu zdumieniu przekonał się, że ktoś go ubiegł, zadowolił się więc odrąbaniem stóp i dłoni Lanne’a dla Towarzystwa Królewskiego. Czaszka aborygeńskiego króla przyniosła chirurgowi naukową wiarygodność, w Europie bowiem wielce interesowano się frenologią rzekomo niższych i zdegenerowanych ras.

Jest też jednak wadą, ponieważ powoduje pewne dłużyzny. Widać, że Richard Flanagan nie w pełni panował jeszcze nad językiem i narracją (które tak zachwycały mnie w jego późniejszych powieściach), bowiem książka jest momentami ciężka i nużąca.

Niewątpliwie jednak od początku temat kolonizacji rdzennej ludności Tasmanii był autorowi bliski, omawiana powieść zapoczątkowała bowiem kolejne książki opisujące te haniebne dla białego człowieka wydarzenia. Choć nieco słabsza od reszty, „Śmierć przewodnika rzecznego” jest również warta przeczytania i pozwala dostrzec, jak niesamowicie rozwinął się Flanagan jako pisarz.

4+/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu:

literackie

Reklamy

7 myśli w temacie “„Śmierć przewodnika rzecznego” R. Flanagan

  1. Z jednej strony ciekawie byłoby czytać książki autora chronologicznie i obserwować jego postępy, ale z drugiej obawiam się trochę czy debiut nie zdusiłby mojego zapału wobec innych tytułów. Jeszcze się zastanowię od czego zacząć, bo tego, że Flanagana chciałabym poznać jestem pewna 🙂

  2. Już od dawna chcę przeczytać „Ścieżki północy” tego autora, ale teraz nie wiem czy zacząć swoją przygodę z tym twórcą od jego pierwszej lektury czy od tego, co wcześniej wspomniałam 😀

    Pozdrawiam i zapraszam do mnie 🙂
    oliviaczyta.blogspot.com

  3. Pingback: Podsumowanie września | Książkowe światy - moje recenzje książek

  4. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy ‒ piszę o książkach od 2013 roku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s