„Młyn do mumii” P. Stančík

Autor: Petr Stančík

Tytuł: Młyn do mumii

Wydawnictwo: Stara Szkoła

Liczba stron: 342

Rok pierwszego wydania: 2013

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Mistyczny porno-gastro thriller i XIX-wieczna Praga. Rzadko kuszą mnie blurby, ale jeśli już kuszą, to właśnie takie! Każdy element z tego przewrotnego hasła frapował mnie równie mocno. Bo cóż to właściwie znaczy porno thriller? Że będzie dużo scen seksu przeplatanych opisami mrocznych czynów mordercy? A co to jest gastro thriller? A w dodatku jeszcze mistyczny? Petr Stančík nie raz puszcza do czytelnika oko, pomyślałby kto, że mu coś tam wpadło, a on nie, daje wciąż i wciąż między wierszami do zrozumienia, że nie wolno traktować tej książki poważnie. Albo  inaczej: nie wolno być zbyt sztywnym, warto mieć otwarty umysł i spodziewać się wszystkiego, bo dziwnych zdarzeń w „Młynie do mumii” Petra Stančíka nie brakuje.

534283-352x500-1Zaczyna się od razu cudownie przewrotnie. Komisarz Durman wraca z sylwestrowej imprezy, którą spędził w knajpie z grupą znajomych, zwaną Kociarzami. Praga, rozbawiona nowym rokiem, podpita, wychodzi na ulice. Durman daje się ponieść tłumowi i przez przypadek natyka się na trupa. Można by wręcz rzec, że trup, by nie został przeoczony, przywalił komisarzowi w łeb kostką brukową. No i czy już nie jest absurdalnie? A to dopiero początek.

Kolejne dni przynoszą kolejne ciała i okazuje się, że tajemniczy morderca upatrzył sobie praskich listonoszy. Policja z Durmanem na czele (wspieranym przez detektywa Egona Altera) zastanawia się, czym sobie nagrabili doręczyciele poczty, że ściągnęli na siebie uwagę złoczyńcy. A jest to doprawdy przedziwne śledztwo. Gdzieś między najpyszniejszym czeskim piwem, stołami uginającymi się pod ciężarem najdziwaczniejszego jadła (cóż za korowód potraw!) a krągłościami praskich dziwek, komisarz Durman snuje się po mieście, odwiedza osobliwe żydowskie sklepiki i ściga cienie, nie stroniąc nawet od seansów spirytystycznych, bo, jak się okazuje, zmarli mają coś do powiedzenia w sprawie zagadkowych zgonów listonoszy. Każdy trop jest dobry, nawet te z gruntu od czapy, jak wątek prowadzący do anarchisty Varanova, złodzieja poszew na kołdry. Brak logicznych powiązań między nim a prowadzonym śledztwem nie przeszkadza komisarzowi ścigać Varanova po całym świecie.

Zbrodnia? Jest, i to niejedna. Duchy? Są, chętne do rozmów. Seks? Znajdzie się, choć kto spodziewa się dosłownych, lepkich opisów, prawdopodobnie się zawiedzie. Rozkosze, których zaznaje Durman w praskich burdelach są opisane raczej poetycko, nie zaś wulgarnie. Gastro? Zdecydowanie więcej od „porno”, od wymyślnych potraw aż szczęka opada: takie opisy ucztowania są najwyższej klasy właśnie w literaturze czeskiej! Thriller? Cóż, to raczej rozmyślny żart z thrilleru, bowiem absurdalnego śledztwa prowadzonego (trochę szumne słowo) przez grubawego, niezdarnego i niezbyt lotnego Durmana nie da się traktować poważnie. I czegóż jeszcze nam brakuje do pełnego specjalnie nałożonych na tekst klisz literackiego bigosu? Miłości oczywiście! Jest i miłość, gorące uczucie do Libuszy Jedwabnej. No, teraz chyba mamy komplet.

– Nie mam pojęcia, dlaczego piwo ma zawsze białą pianę, niezależnie od tego, czy to jasne, czy ciemne piwo.
– Co jeśli ciecz jest ciałem piwa, natomiast piana jego krwią – zaproponował Neruda – Proszę pomyśleć: kiedy piwo jest świeżo nalane, prądy piany krążą w nim ochoczo. Tak jak u ludzi, bo przecież niezależnie od tego, czy mamy skórę białą, czarną, żółtą czy czerwoną, krąży w nas taka sama szkarłatna krew.
Komisarz przez chwilę szukał inspiracji na dnie swojego kufla.
– Proszę spojrzeć na chmury – rzekł rozmarzony i wskazał zachmurzone niebo za oknem. Para zawsze jest biała, niezależnie od tego, czy unosi się znad porannej rosy czy z wysranego właśnie gówna. Moja teoria brzmi: piana jest po prostu gazowym stanem skupienia piwa.

Niezwykle istotnym elementem „Młynu do mumii” jest absurdalny, cudownie czeski humor. Och, ależ się uśmiałam! Pierwszy raz, gdy kostka brukowa z nadętego od gazów, ukrytego pod praską ulicą trupa wyrżnęła Durmana w twarz. A to był dopiero początek, który zmierzał aż do rozkosznie obrazoburczego końca: oto komisarz stoi w tłumie, który oburzony tchórzliwym oświadczeniem Franciszka Józefa I mruczy gniewnie pod nosem i nagle nasz poczciwy Durman, tak, przez przypadek, zaczyna kopulować z pewną korpulentną niewiastą. Gdy tak sobie (po prostu z rozpędu, głupio teraz przerwać) dość gwałtownie z nią poczyna, a to podduszając chłopkę, a to wykręcając boleśnie rączkę, ta w przypływie rozkoszy zaczyna krzyczeć: Tak! Na zmianę! Tak! Na zmianę! Co wzburzony tłum, który wychwycił okrzyk, przeistacza w buntownicze skandowane polityczne hasło: Czas na zmianę! Czas na zmianę!!! No i czy to nie jest właśnie cudownie czeskie?

Jak już pisałam, czytając Petra Stančíka najlepiej na nic się nie nastawiać i mieć otwartą głowę: wtedy czytelnicza uczta jest gwarantowana, a autor nie raz Was zaskoczy. A na koniec wyjaśni, czym jest tytułowy młyn do mumii. I wciąż będzie absurdalnie i absolutnie czesko. Tak jak lubię.

5/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję wydawnictwu Stara Szkoła:

logo-1_staraszkola

Reklamy

11 thoughts on “„Młyn do mumii” P. Stančík

  1. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy - moje recenzje książek

  2. Pingback: Podsumowanie stycznia | Książkowe światy - moje recenzje książek

  3. Rzadko jestem zadowolona z powieści, które mają czytelnika rozbawić, ale nie ukrywam, że ta książka mnie intryguje. Myślę, że rozejrzę się za nią, bo nie przypominam sobie, żebym wcześniej miała do czynienia z takimi motywami podanymi na wesoło 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s