„The Story of Doctor Dolittle” H. J. Lofting

Autor: Hugh John Lofting

Tytuł: The Story of Doctor Dolittle

Wydawnictwo: [ze słownikiem]

Liczba stron: 186

Rok pierwszego wydania: 1920

Źródło: Egzemplarz recenzencki


Sięgając po „The Story of Doctor Dolittle” („Doktor Dolittle i jego zwierzęta”) Loftinga miałam zamiar połączyć przyjemne z pożytecznym. Przyjemne, bo opowiastki o doktorze, który znał język zwierząt, były przeze mnie bardzo lubiane w dzieciństwie, a pożyteczne, ponieważ mój angielski, nie używany od kilku ładnych lat, nieco się już zakurzył. Nauka języka przez czytanie książek? Nic lepszego nie mogłabym sobie wyobrazić! Dlatego z chęcią przystałam na propozycję nowego na polskim rynku wydawnictwa [ze słownikiem].

531650-352x500[ze słownikiem] oferuje książki w języku angielskim, a to, co wyróżnia ich na rynku literatury obcojęzycznej to pomysł, by książkę wzbogacić o trzy słowniki:

  • Słownik najczęściej występujących i najprostszych słów w danej publikacji. Znajomość słownictwa z tego słownika pozwala na zrozumienie 70-80 % treści książki.
  • Podręczny słownik na marginesie każdej strony – zawiera wszystkie nowe słowa, które nie zostały ujęte w słowniku najczęściej występujących słów.
  • Kompletny słownik wszystkich słów i form, które wystąpiły w danej publikacji pozwala na odnalezienie nieznanego słowa jeżeli czytelnik zapomniał wcześniej wyjaśnionego znaczenia.

Dzięki temu czytelnik nie musi co chwilę odkładać książki i wertować grubych słowników w poszukiwaniu słów, których nie rozumie, co ułatwia lekturę i skraca czas czytania. Ja wybrałam powieść dla dzieci z prostym słownictwem, ponieważ była to dla mnie pierwsza próba czytania książki po angielsku: nie wiedziałam, czy sobie poradzę! Początkowo często zerkałam na marginesy, gdzie były wymienione i przetłumaczone najtrudniejsze słówka z danej strony, ale dość szybko przestałam z nich korzystać, bo złapałam płynność czytania – a wtedy lektura była już samą przyjemnością! Bariera językowa zniknęła i skupiłam się po prostu na opowiadanej historii. No właśnie, jak oceniam powrót do książki po jakichś 20 latach?

„Doktor Dolittle i jego zwierzęta” opowiada barwne i niesamowite przygody mężczyzny, który zaczynał jako lekarz ludzi, jednak jego wielkie zamiłowanie do zwierząt i, co się z tym wiązało, przygarnianie każdej istoty, która nie miała dachu nad głową, skończyło się tym, że pacjenci coraz mniej chętnie go odwiedzali, co doprowadziło go do kłopotów finansowych. Kiedy pewien znajomy proponuje Johnowi Dolittle, by został weterynarzem, bo przecież zna się świetnie na zwierzętach, doktor zgadza się, że to wyśmienity pomysł. Dolittle ma również wsparcie w swoich zwierzętach, a gdy mądra papuga Polinezja uczy go języka zwierząt, doktor staje się wyśmienitym fachowcem – w końcu jest jedyną osobą, która może spytać, co naprawdę dolega danemu zwierzęciu!

Sława doktora rośnie bardzo szybko i dociera do najbardziej odległych krain, nie dziwi więc, gdy pewnego dnia dostaje on rozpaczliwe wezwanie do Afryki, gdzie nieznana choroba dziesiątkuje tamtejsze małpy. Poczciwy Dolittle zapożycza się u znajomych, pożycza łódź i wraz z częścią zwierząt (papugą Polinezją, kaczką Dab-Dab, psem Jipem, świnką Geb-Geb, sową Tu-Tu, małpką i krokodylem) rusza w daleką podróż. I tu zaczyna się przygoda, bowiem cała ferajna spotka na swojej drodze podejrzliwych tubylców, którzy nie są przyjaźnie nastawieni…

No właśnie, tubylcy. Gdy czyta się książkę Loftinga w dorosłym życiu nie da się nie zauważyć, że Afrykańczycy zamieszkujący wyspę, do brzegów której przybył Dolittle, są przedstawieni w bardzo stereotypowy sposób. To niezbyt mądre dzikusy, których z łatwością wykiwa mądra papuga Polinezja (która nazywa ich zresztą czarnuchami [sic!]), a drugi raz – sam John Dolittle, który podśmiewa się z księcia Bumpo, który naczytawszy się baśni o zaklętych księżniczkach, postanowił sam jakąś odczarować: znalazł więc śpiącą piękność i obudził ją pocałunkiem, lecz księżniczka, ujrzawszy przed sobą czarnoskórego chłopca, rozpłakała się i powiedziała, że nie chce czarnego księcia. Zrozpaczony Bumpo prosi więc doktora, którego ma za wielkiego czarownika, żeby go wybielił, a Dolittle uważa to za całkiem zabawne i za pomocą różnych medykamentów rozjaśnia skórę na buzi chłopca, nie mówiąc mu, że efekt będzie jedynie chwilowy. Na koniec poczciwy doktor ma lekkie wyrzuty sumienia, że oszukał młodzieńca i mówi nawet, że go szkoda, bo mimo wszystkich swoich wad, ma on dobre serce. I cóż, może przypadkiem chłopiec jednak zostanie biały? Między doktorem a zwierzętami rozgrywa się taki dialog:

– The Sleeping Beauty would never have him, even if he did – said Dab-Dab – He looked better the way he was, I thought. But he’d never be anything but ugly, no matter what color he was made.

– Still, he had a good heart – said the Doctor – romantic, of course – but a good heart. After all, „handsome is as handsome does”.

– I don’t believe the poor booby found The Sleeping Beauty at all – said Jip, the dog – Most likely he kissed some farmer’s fat wife who was taking a snooze under an apple-tree. Can’t blame her for getting scared! I wonder who he’ll go and kiss this time. Silly business!

Mało to wszystko sympatyczne, prawda? I oczywiście, przy lekturze należy pamiętać, że książka została wydana w 1920 roku, jednak współczesnemu czytelnikowi powinna się w głowie zapalić ostrzegawcza lampka. Odczucia miałam więc ambiwalentne: przygody doktora Dolittle są bardzo barwne, więc czytanie o nich jest przyjemnością, a jednak… jakiś niesmak pozostał.

Co do strony technicznej, rozwiązanie, jakie proponuje [ze słownikiem] jest bardzo wygodne. Ja korzystałam jedynie ze słowniczka na marginesach, i przy tej lekturze było to wystarczające. Mam jedno zastrzeżenie – skoro słownik w książce ma powodować płynność lektury to zrezygnowałabym z wypisywania wszystkich znaczeń danego słowa na marginesie. Skoro w zdaniu chodzi o to, że „jaskółka siedzi w beczce na deszczówkę” (rain-butt) to zbędnym wydaje mi się wymienianie, że butt może oznaczać: tryknąć, uderzyć głową, tyłek, niedopałek, obiekt, cel, kolbę, beczkę, butt-end to zakończenie kija, a butt-in tłumaczymy jako wtrącać się. Jednak ta drobna niedogodność nie przeszkodziła mi w cieszeniu się lekturą w języku angielskim, jeśli więc chcecie nauczyć się angielskiego (lub przypomnieć sobie słownictwo) w przyjemny sposób, polecam Wam publikacje wydawnictwa [ze słownikiem]. Książki podzielone są na kategorie, to jest: Children’s Books, Literature & Fiction, Horror, Thriller & Suspense, Science Fiction & Fantasy oraz Erotica – i są to tytuły z klasyki literatury, więc przy okazji możecie zapoznać się z którymś z uznanych dzieł. Sądzę, że to bardzo fajna inicjatywa, którą polecam Waszej uwadze.

Pomysł: ★★★★✩

Ocena książki: 4-/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję wydawnictwu [ze słownikiem]:

logozeslownikiempl

Advertisements

7 thoughts on “„The Story of Doctor Dolittle” H. J. Lofting

    • Powodzenia 🙂 Myślę, że książki wydawnictwa [ze słownikiem] będą pomocne. Te dla dzieci mają naprawdę łatwe słownictwo, myślę, że nie sprawiłyby Ci problemu 🙂

  1. Pingback: Podsumowanie stycznia | Książkowe światy - moje recenzje książek

  2. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy - moje recenzje książek

  3. O tak, miałam to samo zastrzeżenie – poza tym nauki to też nie ułatwia. Kiedy powtarzam sobie słówko to zapamiętuję jedno, dwa jego znaczenia, a nie sześć. No i czasem ciężko wyłapać kontekst, kiedy na marginesie podanych jest kilka znaczeń.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s