„Zombie.pl” R. Cichowlas, Ł. Radecki

Autor: Robert Cichowlas, Łukasz Radecki

Tytuł: Zombie.pl

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Liczba stron: 436

Rok pierwszego wydania: 2016

Źródło: Egzemplarz recenzencki

Wyzwanie: Przeczytam polski horror, Czytam opasłe tomiska (436 stron), Wielkobukowe wyzwanie (Książka gatunku, po który sięgasz sporadycznie: horror)


Książka pisana przez dwóch autorów? W takim przypadku zawsze nasuwa się pytanie, na ile taka kooperacja jest udana i jak wygląda podział ról. Praca przy powieści Roberta Cichowlasa i Łukasza Radeckiego była ponoć skonstruowana tak, że jeden pisał fragment tekstu, przesyłał go drugiemu, a ten drugi wycinał, dodawał, szlifował, dopisywał po swojemu… Autorom zależało na tym, by tekst był jednolity, aby w oczy nie rzucała się „zmiana pióra”: i muszę od razu przyznać, że to się im udało, nie zauważyłam bowiem specjalnych różnic w stylu. Czy jednak polska wersja opowieści o żywych trupach o niewydumanym tytule „Zombie.pl” mnie uwiodła?

449583-352x500Karol Szymkowiak to biznesmen, którego poznajemy w momencie, gdy razem ze swoim wspólnikiem świętuje otwarcie kolejnej restauracji, tym razem w pięknym Gdańsku. Panowie postanawiają uczcić i obficie oblać sukces, co udaje im się aż za dobrze… Gdy Karol budzi się następnego ranka, nie pamięta, jak znalazł się w hotelowym łóżku. Dręczy go okropny kac i marzy jedynie o ciszy, ciemności i butelce mineralnej, by opłukać wysuszone gardło. Jednak nic z tego nie będzie mu dane: okazuje się, że mężczyzna przespał początek epidemii zombizmu: całe miasto pełne jest żywych trupów, które snują się tępo po ulicach, szukając mięsa. Ludzkiego mięsa. Choć stwory są powolne i raczej głupie, są też jednak uparte, brutalne i niemalże niezniszczalne. Póki mają nogi – idą. Jeśli nie mają nóg, ale mają ręce – czołgają się. Póki mają zęby – gryzą. I jest ich tyle, że trudno przed nimi uciec.

Przespał koniec świata. Ludzkość umarła i zmartwychwstała, kiedy on spał nieprzytomny od alkoholu. Janka, jego najlepszego przyjaciela, coś zżarło, kiedy on leżał w pokoju obok. Ta myśl powstrzymała go od płaczu. Dlaczego zombie, które zabiły Janka, nie zaatakowały jego? Czy miał po prostu szczęście, a ciało Handkego zablokowało wejście i żaden zombie nieumarły nie wlazł do pokoju, czy chodziło o coś zupełnie innego?

Szymkowiak ma jeden cel: musi jakoś ominąć zombie, nie dać się złapać i dotrzeć do swojej żony i synka, którzy zostali w rodzinnym mieście mężczyzny, Poznaniu. Choć nie jest więc żadnym bohaterem, postanawia walczyć o przetrwanie, bo ma dla kogo. Obawia się jedynie, że może być jedynym żyjącym człowiekiem w mieście… A może w Polsce, może i na świecie? Szymkowiak odgania od siebie takie myśli. Dość szybko okazuje się, że sytuacja jest co prawda zła, ale nie aż tak, jak wyglądałoby to na pierwszy rzut oka. Na opuszczonej stacji benzynowej Karol spotyka grupkę ludzi, która, tak jak on, przybyła tam po pożywienie, a która następnie prowadzi go do kościoła Świętego Wojciecha na Zaspie, gdzie ukryła się garstka ocalałych… Czy jednak wszyscy mają czyste intencje? Czy ktoś przy okazji apokalipsy zombie nie próbuje ugrać czegoś dla siebie? I czy ktokolwiek pomoże Karolowi dostać się do Poznania?

Cichowlas i Radecki mieli ambicję stworzyć pierwszą powieść zombie, ale że prace trwały dość długo, wyprzedziło ich dwoje autorów (Wardziak i Szmidt), panowie muszą się więc zadowolić trzecią lokatą. Z chęcią sprawdzę inne zombiastyczne opowieści (szczególnie kuszą mnie „Szczury Wrocławia” Roberta J. Szmidta), lecz tymczasem na pierwszy ogień poszło dzieło omawianego duetu. Muszę niestety stwierdzić, że coś tu poszło nie tak. Rozumiem, że historie o żywych trupach są specyficzne i nie trafią do każdego czytelnika. Dużo tu krwi, gnijących ciał i wywlekanych wnętrzności, sporo obrzydliwych opisów – nie jest to coś dla wrażliwego czytelnika. Jednakowoż ja nie jestem wrażliwa (dość powiedzieć, że czytając co soczystsze sceny z „Zombie.pl”, pogryzałam ze smakiem bułkę) i flaki mi nie przeszkadzają… o ile to nie są same flaki. Tylko flaki. Ciągle flaki. Przetykane wypływającym mózgiem i wiszącym na nerwie oczodołem. Flaki. Ja naprawdę rozumiem konwencję, ale co za dużo, to i świnia… eee, to znaczy… zombie nie zje.

Radecki i Cichowlas mówili w wywiadzie, który ukazał się na łamach portalu Okiem na horror¹, że w tej powieści starali się pogłębić psychologicznie postaci, ukazać relacje między nimi i pokazać zachowanie ludzi w momencie zagrożenia. Cóż, nie mogę powiedzieć, by im się to udało. Postaci są dla mnie papierowe: biznesmen-karierowicz, tancerka erotyczna-poczciwa dziewczyna, która, rzecz jasna, wybrała taką „karierę” z musu, by jakoś zarobić na utrzymanie córki… Nie mówiąc już o czarnych charakterach, typowych bieda-gangsterach z polskiego podwórka, którzy i popić lubią, i pomacać ładne panienki, i pomachać bronią, gdy tylko jest okazja… Zasadniczo są jednak dość fajtłapowaci i dają im radę osoby, które nigdy wcześniej nie miały broni w ręku lub miały ją raz, podczas towarzyskiego spotkania na strzelnicy. Jak by nie było, ci nieopierzeni strzelcy potrafią bez większego problemu trafić w nietrzeźwy, aczkolwiek wciąż ruchomy cel i uciec bandziorom…

A potem jest jeszcze weselej. Nie zdradzając za dużo, powiem tylko tyle: wierzenia dawnych Słowian. Zombie, flaki, mózgi. Walka o życie, eksterminacja zombiaków, mózgi, flaki, jelita na wierzchu, wojsko. I jako wisienka na torcie – Behemot. A Behemot wymaga cytatu:

Potwór był ogromny. Miał rozmiar solidnego vana, składał się z wielkiej plątaniny mięśni i żył. Chociaż jego kształty były podobne do ludzkich, jednocześnie stanowiły swoistą ich parodię. Bestia niemal wszystko miała wielkie: odrażające, umięśnione, krwaworóżowe ciało, które przywodziło na myśl nadmiernie rozbity kotlet schabowy, wielkie szpony na długich i grubych palcach łap. Jedynym małym elementem stwora była główka, przy gabarytach bestii wręcz groteskowa.

I tu objawia się kolejny problem „Zombie.pl” – ta książka jest koślawo napisana. Nie ma nic gorszego niż horror, który jest śmieszny lub nieciekawy. Tu niestety były obecne jedne i drugie momenty: bywało, że ziewałam, znużona i przesycona opisami gnijących ciał, bywało, że parskałam śmiechem, bowiem nieadekwatne określenia wywoływały wesołość, zamiast budować nastrój grozy. Kotletowaty Behemot sprawił, że najpierw uderzyłam się w czoło w popularnym geście facepalmu, a potem wybuchnęłam śmiechem.

Chciałam się jeszcze popastwić nad otwartymi wątkami, ale doczytałam, że „Zombie.pl” to pierwszy tom większego cyklu i w kolejnych częściach wszystko ma się stopniowo zacząć wyjaśniać. W takim razie usuwam jeden minus od ostatecznej oceny, ale jednak: dziękuję, postoję. Styl Cichowlasa i Radeckiego nie przypadł mi do gustu, więc po następne części na pewno nie sięgnę.

2+/6

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka oraz portalowi duże Ka:

zysk-i-ska-wydawnictwo-logoB_duzeka_logo


¹ http://okiem-na-horror.blogspot.com/2016/02/polskie-zombie-w-natarciu-wywiad-z.html

Reklamy

17 thoughts on “„Zombie.pl” R. Cichowlas, Ł. Radecki

  1. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy - moje recenzje książek

  2. Uwiodłaś mnie tą recenzją, poważnie! Zwłaszcza tym: „same flaki. Tylko flaki. Ciągle flaki” 😀 Wcale nie wątpię, znając trochę możliwości tego duetu. Ale się uśmiałam, dziękuję! 🙂 Podobnie reagowałam na „Miasteczko”, o czym już wiesz. Tak samo odebrałam postaci z „Miasteczka”, jak Ty z „Zombie”; ta ich papierowość. Kolejne trafne określenie: „koślawość”. Tym autorom jakoś nie idzie to wspólne tworzenie. O, jak mi się ta Twoja recenzja podoba! Aż poprawiłaś mi nastrój 🙂 Chociaż wcale się nie cieszę, że znów naszym polskim autorom coś nie wyszło. Ot, szkoda.

    • O tak, że nie wyszło, to szkoda! Ja poluję na dobry współczesny horror i już trochę jestem załamana…

      Ale cieszę się, że się uśmiałaś, przynajmniej jest jakaś korzyść mojego brnięcia przez to coś przez ponad 400 stron 😀

  3. Już sam początek brzmi dość absurdalnie, jakoś tak trudno uwierzyć, by przespać apokalipsę zombie! Nawet na największym kacu. Główny bohater powinien się wstydzić 😉 Na całe szczęście, tematyka zombie mnie nie interesuję, więc jakoś nie ubolewam nad tym, że kiepsko wyszło.

  4. A mi tam się podobało 😉 Bo zombie ❤ Bo dużo krwi i flaków ❤
    Wiadomo, panowie Cichowlas i Radecki arcydzieła nie napisali, ale przyznam, że miło się czytało. Ot, taka odmóżdżająca lektura 😉

    • Wieeem, czytałam Twoją recenzję 🙂 Wiem też, że masz słabość do zombie 😀 Ja lubię, ale… jednak wolę, gdy kryje się za wszystkim jakaś historia, że te flaki i mózgi mają jakieś uzasadnienie 😉 No i powiedz, że Behemot aka Nadmiernie Rozbity Kotlet Cię nie rozbawił? 😀

  5. Miałam ochotę na tę książkę, ze względu na Gdańsk. I już, już miałam poprosić Polacy nie ęsi, też swoich autorów mają o egzemplarz, ale zrezygnowałam całkiem z akcji. No i dobrze się chyba stało 🙂

    • Nie ma tam za dużo tego Gdańska, znaczy troszeczkę na początku, ale autorzy skupiają się głównie na flakach 😉 A potem główny bohater zmierza do Malborka i na Wybrzeże już nie wraca.
      Wiesz, ja nie oczekiwałam, że to będzie ambitna proza, ale miałam nadzieję, że zostanie chociaż napisana dobrym językiem, ba! Przyzwoitym chociaż! A tu to też nie pykło 😀

  6. Pingback: Podsumowanie kwietnia | Książkowe światy - moje recenzje książek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s