10 pytań do… Kariny Bonowicz

Dziś zapraszam Was na wywiad z Kariną Bonowicz, pisarką, dziennikarką i scenarzystką. Karina Bonowicz jest uzależniona od kawy, coca-coli i czarnego humoru. Ciekawe, czy kawa też musi być czarna… 😉 Czarnego humoru z pewnością nie brakuje w jej najnowszej książce „I tu jest bies pogrzebany”: uwaga, to powieść, która rozrusza każdego  sztywniaka  i rozbawi nawet malkontenta i marudę (vide: ja). Tak pisałam o książce:

Zabawa językiem to największy atut tej powieści. Karina Bonowicz przekształca znane powiedzonka i sypie czarnym humorem tak, że ruszyłoby nawet trupa. Niejednokrotnie podkreślałam, że jestem smutasem, że lubię niewesołe książki i że niełatwo mnie rozbawić, ale wiecie co? Karinie Bonowicz się udało! Nie powiem Wam ile razy, bo pogubiłam się w liczeniu gdzieś tak po dziesiątej stronie.

https://tanayahczyta.wordpress.com/2016/02/28/i-tu-jest-bies-pogrzebany-k-bonowicz-przedpremierowo-patronat/

1655075_864270450365912_1550737679_n

No dobrze, na początek powiedz, jak to się zaczęło? Kiedy postanowiłaś, że będziesz pisać książki?

Nie postanowiłam, po prostu usiadłam i napisałam 😉 Ale jeśli miałabym mówić o początkach mojej „kariery” pisarskiej, to chyba należałoby za nie uznać moment, kiedy w wieku sześciu czy siedmiu lat zaczęłam wymyślać całe historie chorobowe, żeby tylko nie iść do szkoły. Uznałam, że ciekawiej będzie zostać z babcią w domu, ale wiedziałam, że dla żadnego nauczyciela nie będzie to dobre usprawiedliwienie. Jakiś czas to przechodziło, ale później zabrakło mi wymówek, to znaczy chorób i proceder został ukrócony. No, i napisałam sobie sama kilka usprawiedliwień. Właściwie nie kilka, a sporo. Myślę, że spokojnie można o nich myśleć w kategoriach literackich 😀

Czy masz jakieś pisarskie rytuały? No wiesz, że piszesz na przykład tylko rano, po pełni księżyca, w piżamie w kwiatki, popijając kawę zaparzoną z dokładnie dwóch łyżeczek, pitą z jedynego słusznego kubka w czerwone kropeczki etc.?

Oczywiście. Wstaję rano, wkładam surdut, ostrzę pióro i pracuję od ósmej do szesnastej 😀 Oczywiście, żartuję. Nie mam żadnych rytuałów. Kiedy siadam do pisania, myślę o tym, żeby jak najszybciej skończyć, bo samo pisanie to bolesny – głównie dla karku, kciuka i nadgarstka – etap tworzenia książki. Najciekawsze i najprzyjemniejsze jest zawsze wymyślanie samej historii. A to dzieje się tak naprawdę cały czas, bo pomysły przychodzą mi do głowy w najmniej oczekiwanych momentach: pod prysznicem, w kolejce w supermarkecie, w zatłoczonym tramwaju. Zapisuję je więc gdzie popadnie. Na paragonie, bilecie, pudełku proszku do prania, pożyczonym długopisem, kredką do oczu koleżanki, no i raz zdarzyło mi się też w gabinecie lekarskim, na bloczku podsuniętym uprzejmie przez lekarza. Na szczęście, nie musiałam wyjaśniać, co zapisuję. On też nie pytał. Może pomyślał, że przypomniało mi się, czego nie dopisałam do listy zakupów 😀

Sądzisz, że Polacy to naród raczej smutny, a jednak podjęłaś się napisania książki zabawnej, bo, jak mówisz, Twoją ambicją jest to, by Polacy zaczęli się więcej śmiać. A co Ciebie śmieszy? Jesteś radosną osobą?

Są tacy, którzy tak twierdzą, ale ich osobiście nie poznałam 😉 Jestem na pewno osobą, która posiada nie tylko PESEL i NIP, ale i poczucie humoru. I o ile dwa poprzednie nadało mi państwo, o tyle nie wiem, kto nadał mi poczucie humoru. Ktokolwiek to był, jestem mu dozgonnie wdzięczna, bo bez niego, jak i bez cukru, nie przeżyłabym ani jednego dnia. No, i nie zniosłabym absurdów otaczającej mnie rzeczywistości.

Co mnie bawi? Dużo rzeczy. Czasem takich, które pewnie nie śmieszą nikogo oprócz mnie. Może też dlatego, że tak naprawdę, jakby się uparł, to wszystko ma dość duży potencjał humorystyczny. Moje poczucie humoru lubi absurd i kolor czarny, więc jest mi po drodze z Quentinem Tarantino, „Quentinem Tarantino Szmaragdowej Wyspy”, czyli Martinem McDonaghem, Monty Pythonem i naszym rodzimym „Make Life Harder”. No, i śmieszą mnie ludzie, którzy biegną, żeby koniecznie być pierwszymi, którzy wcisną „zielone” na przejściu dla pieszych. Może dlatego, że widzę w nich siebie 😀

Czy identyfikujesz się z którąś z postaci „Biesa”? A jeśli tak, to z którą?

Oczywiście, ze wszystkimi 😀 Łącznie z Ryszardem, właścicielem zakładu pogrzebowego 😉 Wyszli spod mojego kursora, więc muszą coś po mnie mieć. Akurat w wypadku tej książki bardzo łatwo było wejść w skórę bohaterów, bo książka jest tak skonstruowana, że każdy z nich mówi w pierwszej osobie. Chociaż i tak wszyscy, którzy mnie znają, mówią, że jak czytają partie Niny, to równie dobrze mogłam jej dać na imię Karina.

„I tu jest bies pogrzebany” to Twoja druga powieść. Pierwsza (pod tytułem „Pierwsze koty robaczywki”) opowiadała o perypetiach pewnej świeżo upieczonej nauczycielki. Skąd bierzesz pomysły na swoje książki? I czy ktoś ze znajomych już się odnalazł w którejś powieści i obraził na śmierć za to, jak go sportretowałaś?

Pomysły biorą się z niczego, czyli z głowy 😉 Ale, oczywiście, żaden pomysł nie jest półsierotą. Zwykle ojcem pomysłu jest jakaś realna sytuacja, która w mojej głowie zaczyna się rozrastać, wyolbrzymiać, nabrzmiewać absurdem, pęcznieć od ironii, aż w końcu już prawie nie przypomina sytuacji wyjściowej i staje się fikcją. Wszystko tak naprawdę może stać się punktem wyjścia do napisania sceny czy dialogu: kolejka w osiedlowym sklepie, awantura o wolne miejsce w tramwaju czy to, że mój listonosz wymyśla coraz to lepsze wymówki, żeby tylko nie spotkać się ze mną osobiście i zostawić awizo. Łącznie z dopisywaniem na kopercie, że „adresat wyprowadził się”, mimo że zwykle czekam na niego, siedząc kamieniem w domu. Ciekawe, czy kiedyś zostawi awizo z dopiskiem „adresat nie żyje”…

A to, że w moich książkach ktoś od czasu do czasu zobaczy kogoś podobnego do siebie… Powiem tak: każdy chciałby zobaczyć się w jakieś książce. Czasami tak bardzo, że widzi tam siebie, mimo że autor nie ma o tym bladego pojęcia. Ja też bym chciała się pojawić, choćby epizodycznie, u McDonagha czy Nesbø, ale to nie powód, żeby wmawiać wszystkim, że to właśnie ja występuję w ich twórczości, mimo że żadne z nich nie ma zielonego pojęcia, kim jestem. Mam więc przykrą wiadomość dla tych wszystkich, którzy się zobaczyli w moich książkach: nie ma tak dobrze. Żeby stać się pierwowzorem jakieś postaci, trzeba sobie zasłużyć. Albo zapłacić. W końcu George R.R. Martin, człowiek, który zabił już chyba wszystkich swoich bohaterów, wziął udział w akcji finansowania społecznościowego, gdzie nagrodą dla najhojniejszego sponsora miało być to, że Martin nazwie jego imieniem jednego z bohaterów i, rzecz jasna, uśmierci. Jak widać, bycie pierwowzorem postaci literackiej to nie jest bułka z masłem.

12092313_864270750365882_842052912_n

Słyszałam, że piszesz już kolejną książkę. Czy możesz pokrótce powiedzieć o czym będzie opowiadać?

Książka, nad którą właśnie pracuję (przez „pracuję” zawsze rozumiem „chodzę i myślę” i „zapisuję fragmenty czym i na czym tylko się da”), dzieje się w Nowym Jorku i na pewno znajdą się tam wszystkie absurdy i osobliwości, jakie miałam okazję podejrzeć albo w których miałam szczęście (albo nieszczęście) uczestniczyć podczas pobytu w Big Apple.

Czy wiadomo już coś na temat spotkań autorskich? Zdradzisz, czy będzie można spotkać Cię w maju na Targach Książki w Warszawie?

Niestety autorka nic jeszcze nie wie na ten temat. Karino – mam nadzieję, że jednak spotkamy się w Warszawie! 🙂

Opowiedz, proszę, jakie książki lubisz czytać. Masz swoich ulubionych autorów czy gatunki?

Czytam wszystko, co wpadnie mi w ręce. To już taki nawyk. I nie chodzi tylko o czytanie dla czytania, ale też czytanie dla kradzieży. Aaron Sorkin – amerykański scenarzysta i dramaturg – twierdzi, że „dobrzy pisarze pożyczają od innych pisarzy. Wielcy pisarze wręcz od nich kradną”. Skoro wszyscy, od Hemingwaya po Kinga, kradną, nie ma się czego wstydzić. A jeśli ktoś brzydzi się kradzieżą, to może nazwać to ładniej – inspiracją 😉 Z perwersyjną przyjemnością czytam kryminały. Z podziwem – literaturę fantasy. Zawsze pod ręką mam też Johana Theorina – mojego mistrza skandynawskiego kryminału (gatunku, nie kroniki kryminalnej), Martina McDonagha – mojego mistrza czarnego i mocnego jak irlandzka whisky humoru i „Sprzedawcę broni” Hugh Lauriego, znanego w innych niż czytelnicze kręgach jako dr House, mojego mistrza absurdu i ciętej jak skalpel riposty.

Co myślisz o blogach książkowych, z recenzjami książek? Czytujesz jakieś?

Dobre blogi książkowe to już dzisiaj niemal instytucje – mają wielką moc opiniotwórczą i… sprawczą: mogą do książki skutecznie zachęcić lub… zniechęcić. Każdy, kto je ignoruje albo dewaluuje, najwyraźniej zatrzymał się na etapie książek pisanych rylcem na glinianych tabliczkach. Poza tym, sama zauważam, że dla statystycznego czytelnika większe znaczenie będzie miała opinia kogoś podobnego do niego w czytelniczych upodobaniach (a blogów książkowych jest tyle, że każdy znajdzie coś dla siebie) niż poważnych ekspertów, straszących smażeniem się w piekle za czytanie czegoś, co nie jest Dostojewskim albo Faulknerem (nie to, że coś mam do tych autorów, bo nie mam). Sama chętnie zerkam na polubione na FB profile niektórych blogów, żeby się zorientować w nowościach książkowych. Oczywiście, nie jest tak, że wszystkie opinie blogerów traktuję jak wyrocznię, ale czasami sięgam nie tyle po proponowane przez nich książki, co po te, do których zniechęcają. Przecież może się okazać, że mnie akurat przypadną do gustu. I o to chyba chodzi w całej tej zabawie. Sama zresztą piszę recenzje książek na www.dobrapolskaszkola.com w rubryce „Książka i film Made in Poland” i czasem nawet zdarzy się, że ktoś je przeczyta. Na przykład ostatnio Hanna Krall 😉

 I na koniec: czy sądzisz, że można śmiać się ze wszystkiego, czy jednak są takie tematy, przy których wypada zachować powagę?

Śmiech, ironię, sarkazm – jak wszystko – należy stosować z umiarem. Ja bym raczej radziła zastanowić się nad czymś innym. „Uważajcie na ludzi, którzy się nie śmieją – są niebezpieczni” – powiedział Juliusz Cezar. Zakładam, że Brutus nie miał jakoś specjalnie poczucia humoru…

∗*∗

Serdecznie dziękuję Karinie Bonowicz za poświęcony czas, wyczerpujące odpowiedzi na pytania i miłe słowa pod adresem blogerów książkowych 🙂

Reklamy

2 thoughts on “10 pytań do… Kariny Bonowicz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s