„Badyl na katowski wór” A. Bradley

Autor: Alan Bradley

Tytuł: Badyl na katowski wór  (Flawia de Luce #2) / Zatrute ciasteczko (#1) / Ucho od śledzia w śmietanie (#3) / Tych cieni oczy znieść nie mogą (#4) / Gdzie się cis nad grobem schyla (#5)

Wydawnictwo: Vesper

Liczba stron: 364

Rok pierwszego wydania: 2010

Źródło: Egzemplarz recenzencki

Wyzwanie: Okładkowe love, Klucznik (Kupiona lub otrzymana, ale wciąż nieprzeczytana ;))


W poprzedniej części cyklu, „Zatrutym ciasteczku”, poznałam Flawię, dziewczynkę, która nad zabawę w dom przekłada chemiczne doświadczenia przeprowadzane w przydomowym laboratorium. W pierwszym tomie zaczyna się też kariera Flawii jako detektywa, bowiem w miasteczku dochodzi do morderstwa i okazuje się, że jedenastolatka jest bardzo spostrzegawcza, dobrze łączy fakty, szybko przechodzi od przyczyn do skutków, a dzięki znajomościom w Bishop Lacey nie raz dowie się tego i owego od mieszkańców, a to powoduje, że Flawia jest zawsze o krok przed miejscową policją.

352x500 (26)W „Badylu na katowski wór” początkowo niewiele się dzieje, to znaczy, muszę uściślić – niewiele się dzieje w sensie kryminalnym (trup pojawia się dopiero na 155 stronie), bo obyczajowo, o, to zupełnie co innego. Alan Bradley już w pierwszym tomie świetnie nakreślił portrety mieszkańców siedziby de Luce’ów i mistrzowsko pokazał ich wzajemne relacje. Samotna Flawia, która szczęście znajduje zamknięta w laboratorium chemicznym, wycofany po śmierci ukochanej żony ojciec, którego największą pasją są znaczki, dwie siostry, Ofelia i Dafne, każda żyjąca we własnym świecie… Uch, te siostrzyczki są naprawdę niesympatyczne! Z pewnością nie są do szpiku złe, tylko wynika to z „zimnego chowu”, ale ilekroć czytam, jak dokuczają Flawii i wmawiają jej, że ich matka umarła, bo nie kochała najmłodszej córki, sprawiają, że mam całkiem nieprofesjonalną ochotę kopnąć je w kostkę lub pociągnąć za ucho.

No ale jest jeszcze Dogger, taki pomocnik do wszystkiego, mocno poturbowany psychicznie po powrocie z wojny (ach, czyż kiedyś zostanie rozwinięty ten wątek? To nadal mój ulubiony bohater drugoplanowy), niezwykle ciekawa postać, która najlepiej ze wszystkich rozumie Flawię. Nie zapominajmy o gosposi, która wciąż przygotowuje tak samo niesmaczne posiłki jak w „Zatrutym ciasteczku”, no i… na domiar złego w Bishop Lacey pojawia się jeszcze nielubiana przez de Luce’ów ciotka Felicity.

Jeśli zaś chodzi o intrygę kryminalną, wszystko zaczyna się dość niewinnie, gdy do miasta przyjeżdża trupa „Zaczarowanego królestwa” pod przewodnictwem sławnego Ruperta Porsona. Porson daje występy kukiełek, a jego świetnie wykonane lalki i kunszt aktorski są cenione w całym kraju. Rupert i jego pomocnica właściwie nie planowali zatrzymywać się w małej mieścinie, jednak zmusiła ich do tego awaria ich austina. Skoro więc i tak musieli spędzić kilka dni w wiosce, proboszcz namówił ich na dwa przedstawienia.

Pierwsze z nich było bez zarzutu, ba! Było świetne! Tylko dlaczego lalka przedstawiająca Jasia w przedstawieniu „Jaś i łodyga fasoli” ma twarz tragicznie zmarłego przed laty chłopca, małego Robina Ingleby? Skąd lalkarz go znał?

A potem nadchodzi drugie, wieczorne przestawienie i wszystko idzie dobrze do momentu, gdy na scenie pojawia się trup – i to z wielkim hukiem! Tu oczywiście do akcji wkracza Flawia, która już wcześniej z uwagą przyglądała się napiętym relacjom między Rupertem a Niallą, jego asystentką. Dziewczynka badała też sprawę sprzed lat, chcąc wyjaśnić jak doszło do śmierci małego Robina… Czy te dwie sprawy mają ze sobą coś wspólnego?

Alan Bradley naprawdę świetnie kreśli obraz małego miasteczka, w którym każdy zna każdego i każdy jest ze sobą (lub kiedyś był) jakoś powiązany – i to nie zawsze w sposób, o którym chce pamiętać. Uwielbiam sposób, w jaki wątek współczesny i ten z przeszłości zawiązują się ze sobą (podobnie jak to miało miejsce w „Zatrutym ciasteczku”) i panującą w książce mroczną atmosferę. Obserwujemy jak jedenastoletnia Flawia dość gwałtownie (i, moim zdaniem, zbyt wcześnie) wyrasta z dziecięcej niewinności i odkrywa, że znany, względnie bezpieczny świat kryje w sobie wiele tajemnic. I to wszystko może byłoby nie do zniesienia i przytłaczało swoim przesłaniem, gdyby nie humorystyczne sceny. Sarkastyczne poczucie humoru Flawii to taki wentyl bezpieczeństwa, który sprawia, że zarówno dziewczynka, jak i czytelnik nie poddają się smutnemu nastrojowi. Bo gdy ktoś Ci dokucza, najlepiej nasączyć mu czekoladki siarkowodorem! Powiem Wam tyle – ostatnia scena „Badylu na katowski wór” to mistrzostwo.

5/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper:

vesper250

Advertisements

11 thoughts on “„Badyl na katowski wór” A. Bradley

  1. Pingback: „Zatrute ciasteczko” A. Bradley | Książkowe światy - moje recenzje książek

  2. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy - moje recenzje książek

  3. Pingback: „Ucho od śledzia w śmietanie” A. Bradley | Książkowe światy - moje recenzje książek

  4. Pingback: #Pogaduchy u Aguchy TAG | Książkowe światy - moje recenzje książek

  5. Pingback: „Tych cieni oczy znieść nie mogą” A. Bradley | Książkowe światy - moje recenzje książek

  6. Pingback: #Jane Eyre BOOK TAG | Książkowe światy - moje recenzje książek

  7. Pingback: „Gdzie się cis nad grobem schyla” A. Bradley | Książkowe światy - moje recenzje książek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s