„Wieloryby i ćmy. Dzienniki” Sz. Twardoch + KONKURS

Autor: Szczepan Twardoch

Tytuł: Wieloryby i ćmy. Dzienniki

Wydawnictwo: Literackie

Liczba stron: 279

Rok pierwszego wydania: 2015

Źródło: Egzemplarz recenzencki

Wyzwanie: Okładkowe love


Obracam w dłoniach okładkę i gładzę wypukłe litery układające się w imię i nazwisko autora oraz tytuł. Jestem zamyślona, refleksje i wrażenia pęcznieją we mnie, otulają mnie jak owoc otula się dookoła pestki. Obawiałam się, że lektura „Wielorybów i ciem” mnie zawiedzie, że odnajdę tu jakąś nachalną pozę, że zapiski będą patetyczne; z jednej strony czekałam na okruchy z życia Szczepana Twardocha, z drugiej, gdyby było ich zbyt wiele i jawiłyby mi się jako zanadto osobiste, pewnie czułabym się zażenowana. Okazuje się, że obawy były niepotrzebne – choć dzienniki pilchowickiego pisarza są intymne, skupione na nim samym, na sprawach dla niego ważnych, widać tu równocześnie samokontrolę w najlepszym tego słowa znaczeniu. Mam wrażenie, że Twardoch postawił w głowie mocną granicę pomiędzy tym, co prywatne, a tym, co publiczne, pomiędzy tym, o czym można mówić, a o czym wypadałoby milczeć.

406686-352x500Zaskoczyło mnie to, że te dzienniki są takie dojrzałe. Trzydziestosześcioletni Szczepan Twardoch jawi się jako świetny obserwator, przy czym jego obserwacje nie są bezrefleksyjne, zawieszone w próżni, a zawsze do czegoś prowadzą, implikują wiele pytań, prowadzą wgłąb wyobraźni autora przez jego skojarzenia i wspomnienia, a wszystko splata się w całość, rodząc kolejne łańcuchy obrazów i znaczeń, jak przy okazji obserwacji płynących razem z pisarzem na promie Skandynawów o kolorze włosów tak podobnym do jego włosów, który babcia Twardocha określała mianem „poszczanej słōmy”, czy uważnego, samczego spojrzenia na zgrabną, rudowłosą rowerzystkę.

Jest w tym coś głęboko literackiego, nawet gdy pilchowianin opisuje zwykłą drogę po bułki, ponieważ Szczepan Twardoch jest świetnym obserwatorem rzeczywistości:

Teraz nie jestem ojcem i to tak, jakbym nigdy nie był, jestem dymiącym przechodniem, który idzie po bułki, jestem człowiekiem, który patrzy pod nogi i przed siebie, i w niebo, i prawie nie pamięta już o lepkich, ciemnych koszmarach śnionych niedawno, jeszcze się tlą, dogasają na czarno. Jestem mężczyzną, który rozchlapuje kałuże, bo włożył specjalnie z powodu tych kałuż górskie buty, nie przemokną, jestem kimś, kto nie myśli o niczym, niczego nie planuje, nawet tego, co trzeba kupić w sklepie, nie myśli ani o sobie, ani o innych, nie kocha, nie jest kochany, nie jest ani z kimś, ani sam, prawie jakbym zniknął. (…) I rausz delikatny, od nikotyny i papierosowej hiperwentylacji, i nie ma mnie, są tylko kroki, domy, drzewa, niebo, domy, kałuże, ja w kałużach, ale przecież nie-ja, zimno w dłonie, asfalt jak skóra czarnego smoka, kamyki zatopione w niej jak łuski, jak pąkle w skórze Lewiatana, poranek czysty, nic mnie nie boli, więc prawie jakbym nie miał ciała, a poza ciałem nie ma mnie wcale. Patrzę na świat raz okiem krowy, a raz okiem Boga: widzę, nie próbując rozumieć, albo rozumiem, nie próbując nawet patrzeć (…).

Ten brak przymusu, łagodne odpuszczenie pewnych spraw, przewija się na kartach dziennika kilkukrotnie. Czego nie musi Szczepan Twardoch? Nie musi opowiadać się po żadnej ze stron, nie czuje przymusu określania się czy jest bardziej z lewa, czy z prawa, nie musi kłócić się na polityczne tematy z kolegami. A co warto jego zdaniem robić? Warto czerpać przyjemność z dobrego jedzenia, z wesołych chwil z bliskimi, warto czytać książki, które coś w nas poruszają i zmieniają, warto „kochać to, co obejmuje się wzrokiem, wyszedłszy na wzgórze”.

Mała Ojczyzna to jeden z ważnych tematów „Wielorybów i ciem”, co nie powinno dziwić osób, które czytały ostatnie książki autora (zwłaszcza „Dracha”) i obejrzały bądź przeczytały z nim kilka wywiadów. Szczepan Twardoch jest do korzeni wręcz śląski i można domniemywać, że jeśli chodzi o przyjęcie tej śląskości, to po prostu nie miał wyjścia. Górny Śląsk wrastał w jego skórę z każdym dniem spędzonym w okolicy rodzinnych Gliwic, z każdą opowiedzianą po niemiecku historią (a po niemiecku dlatego, by nie zrozumiało jej małe dziecko, jakim wtedy był), z każdą zasłyszaną śmiercią na grubie, z każdą chwilą, gdy deptał po czarnej śląskiej ziemi. Temat „bycia stąd” rozumianego jako „stąd, skąd moi przodkowie” jest nie tylko ważną częścią dzienników, ale też – doświadczenia samego pisarza.

Zrozumiałem, że jestem antynomią emigranta, moje życie wrośnięte w hajmat jak grzybnia w glebę jest absolutną antynomią emigracji. Płynę, ślepy, podziemnymi strumieniami, one płyną we mnie, bez nich uschnąłbym.

Oraz:

Pierwszego listopada stoję przy grobach, tak jakbym sam trochę w nich leżał. Myślę o kościach, po których chodzę po bułki i gazetę, myślę o tej wielkiej łasce życia na ziemi przesiąkniętej ciałami moich świętych przodków, świętych nie życiem, przecież tak niewiele wiem o ich życiu, cóż wiedział będzie o moim życiu mój syn? – świętych obecnością.

W dziennikach sporo jest śmierci i refleksji o niej, ale jest to śmierć trzymana na dystans, śmierć opowiadana sobie i sobie wyobrażana po to, by przygotować się na tę rzeczywistą. Szczepan Twardoch wyobraża sobie więc śmierć własną i tę chyba dla rodzica najtrudniejszą, śmierć swoich synów; obserwuje martwe ćmy unoszące się na tafli jeziora i kontempluje truchło renifera leżące na plaży w Hollendarbukcie. Jest w tym wszystkim jakiś spokój podszyty melancholią, ale nie ma rozpaczy. Śląski pisarz jawi się jako refleksyjny typ, ale zdecydowanie potrafi cieszyć się życiem. Dowodzą tego opisy posiłków, które dostarczają mu zmysłowej wręcz przyjemności, samochodowych wycieczek, podczas których można się rozpędzić szaleńczo na pustej, prostej drodze, czy zachwytów przyrodą, szczególnie surowym krajobrazem Svalbardu, który sobie ukochał.

Wzrusza mnie sposób, w jaki pisze o swoich synach. Twardoch przyznaje, że nie rozumie dzieci i chyba nawet nie próbuje tego zmienić, po prostu przygląda im się jak małym ludziom o wielu potencjalnych losach. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki ze swoimi dziećmi rozmawia, bowiem traktuje ich jako partnerów do dyskusji. Widzę w tym miłość większą, niż gdyby wciąż powtarzał, jak bardzo ich kocha. Jest w tym ogrom czułości i coś bardzo intymnego, jednak nie przekracza granicy, za którą mogłabym czuć tylko niesmak z powodu zdradzania zbyt wielu szczegółów z prywatnego życia. Swoją drogą, o żonie Agacie nie pisze Twardoch prawie wcale – i to też szanuję. Zbyt pachniałoby to tanim brukowcem.

Kolejnym ważnym tematem jest literatura – i ta własna, i ta zapoznana. Wiele zapisków traktuje o pisaniu powieści: Szczepan Twardoch dzieli się odczuciami jakie towarzyszyły mu przy „Wiecznym Grunwaldzie” i „Morfinie”. Można też prześledzić jego lektury, a na kartach „Wielorybów i ciem” pojawiają się ważni dla niego pisarze. Nie zabrakło więc Sándora Máraia czy Emila Ciorana, jest Mircea Eliade i Cormac McCarthy. Są obecni jego przyjaciele-pisarze – Łukasz Orbitowski i Wit Szostak. I wreszcie pojawia się refleksja, że pisarz jest pisarzem zawsze:

Pisarz powinien być w pracy, kiedy uspokaja płaczące niemowlę i kiedy przez niego płacze kobieta, kiedy rodzi mu się dziecko i kiedy grzebie bliskich, i kiedy tańczy, kiedy śni i kiedy się budzi, kiedy kocha i kiedy gardzi. Pisarz powinien być w pracy, kiedy pije z przyjaciółmi i kiedy spotyka kobietę, której pożąda, kiedy podróżuje i kiedy jest we własnym domu, z obcymi i z bliskimi. Pisarz powinien być w pracy nawet wtedy, kiedy nierozważny przyjaciel zawierza mu tajemnicę. Przyjaźnić się z pisarzem, kochać pisarza, to jak przyjaźnić się z kamerą wideo, szczególnie czułą na te chwile, w których jesteśmy obnażeni. Wszystko zostaje zapamiętane, wszystko, co bolesne, kiedyś zostanie użyte.

Zapiski obejmują lata 2007-2015, jednak nie są to wszystkie wpisy: Szczepan Twardoch dokonał redakcji i wybrał tylko te fragmenty, które uznał za literackie. Nie czytałam całości dzienników (które wcześniej były dostępne w internecie), ale mam wrażenie, że ten zabieg wyszedł tylko „Wielorybom i ćmom” na dobre. Obraz człowieka, jaki wyłania się z kart książki jest bardzo spójny z tym, który widać w jego powieściach i w wywiadach, jakich udzielił. Wzruszył mnie Szczepan-ojciec, zaintrygował Szczepan-pisarz, poczułam sympatię dla Szczepana-człowieka.

6/6

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu:

literackie

Konkurs

Dzięki uprzejmości wydawnictwa mam jeden egzemplarz „Wielorybów i ciem” Szczepana Twardocha, który chcę Wam podarować. Zadanie jest proste: Podczas czytania lektury dzienników zaznaczyłam mnóstwo dobrych, poruszających cytatów. Napiszcie mi jaki cytat Was poruszył. Czekam na cytaty wraz z podaniem z jakiej książki pochodzą. Zwycięzca zostanie wybrany drogą losowania. Konkurs trwa od dziś (1.11.2015) przez dwa tygodnie (do 15.11.2015). Odpowiedzi ślijcie na maila: karolina.sosnowska88@gmail.com w temacie wpisując „Ulubiony cytat”. Powodzenia!

Reklamy

35 thoughts on “„Wieloryby i ćmy. Dzienniki” Sz. Twardoch + KONKURS

  1. Pingback: Recenzje od A do Z | Książkowe światy - moje recenzje książek

      • Będzie, będzie w swoim czasie. Poruszona wpływem chwili postanowiłam aż o nim napisać w komentarzu 😀
        Swoją drogą miałam wczoraj w rękach „Wieloryby i ćmy” i zdziwiłam się, że Szczepek ma dzieciaki! 😀

        • Cieszę się, że Cię poruszyłam 🙂 ❤ A może to te cytaty z dzienników tak na Ciebie zadziałały… Najchętniej wpisałabym ich jeszcze więcej, ale jednak powinnam była dodać coś od siebie, bo jakbym miała opowiadać o dziennikach Szczepana tylko słowami Szczepana, to równie dobrze mogłabym od razu odesłać wszystkich do "Wielorybów i ciem" 😀

  2. Obserwuję Twój blog dopiero od ok. tygodnia i muszę przyznać, że czekałam na wpis o tej właśnie książce. Bardzo wnikliwa recenzja, z większością spostrzeżeń się zgadzam. Fajnie, że nie boisz się długich zdań 😉 Pozdrawiam

    • Dziękuję za miłe słowa. Szczepan Twardoch jako pisarz jest mi bliski, więc mogłam się pokusić i o dłuższe zdania, i o mnogość refleksji 🙂
      Również pozdrawiam serdecznie.

  3. Dobra już, dobra! Będę czytać tego chwalonego Twardocha. I tak miałam go w planach ale jak jest taki och i ach, a do tego nasz śląski to już się za niego biorę. Planowałam zacząć od Morfiny, co myślisz? A może co innego?

    P.S. u mnie jutro też konkurs z cytatem, teraz będzie że zgapiam:P

    • Oj tam, pomysł wcale nie jest specjalnie oryginalny ani nowatorski, więc o żadne zgapianie oskarżać nie będę 🙂

      Myślę, że zaczęcie od „Morfiny” to dobry pomysł. Książka świetna i bardzo „Twardochowa”, z typową dla niego narracją i stylem, a równocześnie z trzech jego ostatnich powieści wydaje mi się najbardziej przystępna.

      A jak, Twardoch jest świetnym pisarzem i jest nasz, śląski – dla mnie to tylko kolejny plus 🙂

      • U mnie cytat będzie tematyczny, bo szukam czegoś fajnego na zakładkę i jak zwykle nie mam koncepcji;) A o „Morfinie” tak właśnie słyszałam, że najbardziej przystępna bo np. „Drach” jest już nieco cięższy…

        • Chyba tak, ale myślę, że my, Ślązacy, mamy nieco ułatwione zadanie, bo nawet jak niy poradzymy fest po ślonsku godać, to jednak coś tam rozumiemy 😉 A zdania po wasserpolsku i niemiecku są wytłumaczone przez omówienie. Trzeba się po prostu skupić mocniej na tekście 🙂

  4. Pięknie opisałaś „Dzienniki” Twardocha, dlatego mi ciężko było pisać, żeby Ci dorównać 😛 Książka niesamowita, najbardziej podobały mi się fragmenty z synami, to było tak mocne, a zarazem tak delikatne!

  5. Ja mam dwa ulubione:
    Waldemar Łysiak „Statek”
    „Karmię się ciszą zrujnowanych świątyń, wyjałowionych pól, zgasłych uśmiechów i wyschniętych łez – buduję od nowa cały mój świat w mrocznej pieczarze pamięci, gdzie wspomnienia śpią jak nietoperze pod kopułą mózgu i gdy któregoś dotykam, zaczyna krążyć w nagłych skrętach między ścianami, wypełniając je tylko bólem, bo przypomina, że coś pięknego już minęło, lub, że coś złego się zdarzyło.”

    Waldemar Łysiak „Flet z mandragory”
    „W wielu ludziach krąży po cichu robak szaleństwa. Jest czarny i ma trzy wielkie, fosforyzujące szkarłatem oczy. Długi ryjek zakończony otworem gębowym służy mu
    do plucia – pluje celnie jak zawodowy snajper.
    Karmi się naszymi snami.
    Chłepce je po nocach, trawi i wydala z powrotem,
    by przyszły do nas nad ranem i objawiły jeszcze inny świat.
    Małe szeleszczące chwytniki pozwalają mu przeciskać się
    przez każdą szczelinę ciała.
    Tak właśnie wychodzi z jakiegoś zdarzenia, wiersza lub religii i wdziera się w nas przez oko, ucho lub por skóry, a potem wędruje w milczeniu żyłami i nitkami nerwów szukając
    stałej przystani.
    Kiedy wejdzie do duszy, człowiek staje się niebezpieczny
    dla swej uczciwości.
    Kiedy dosięgnie mózgu, człowiek zaczyna zagrażać swemu otoczeniu.
    Ale kiedy dosięgnie serca, człowiek zakochuje się w jakiejś istocie
    ludzkiej. Wówczas świat staje się dla niego niebezpieczny
    i każdy krok zagraża mu klęską.
    Mój czarny robak zadomowił się w duszy. Być może to tylko
    chwilowy postój, przerwa w podróży dla nabrania sił.
    Możliwe, że pewnego dnia zechce ruszyć dalej i wybierze serce albo mózg
    zapraszając mnie do bajecznie zastawionego stołu obłąkania lub do
    perłowej jaskini miłości, w której wszelki rozsądek zasypia, budzi się sumienie, a szczęście utożsamia się z wzajemnością czyjegoś serca i z nieczynieniem zła bliźnim.

    Wtedy zdam egzamin końcowy z głupoty.”

    • Pięknie dziękuję za miłe słowa! 🙂 Świetnych cytatów jest w „Wielorybach i ćmach” tyle, że mogłabym cytować i cytować… Można by w ogóle tę opinię „napisać” tylko słowami Twardocha i też byłoby pięknie, ale… chyba nie o to chodzi 😉

  6. Pingback: Liebster Blog Award… x 3! | Książkowe światy - moje recenzje książek

  7. Pingback: ŚBK: autorzy, którzy poruszają nasze dusze | Książkowe światy - moje recenzje książek

  8. Pingback: „Król” Sz. Twardoch | Książkowe światy - moje recenzje książek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s