Wokół literatury: Michael Moorcock w muzyce

Czołem! W tym miesiącu przybywamy z małym opóźnieniem, ale nie myślcie sobie, że razem z Tomkiem o Was zapomnieliśmy, o nie! Dziś Tomasz opowie co nieco o trochę mniej znanym pisarzu, ale zarzeka się, że fani fantastyki będą wiedzieć o kogo chodzi 😉 Oddaję Tomkowi głos!

moorcock

Dzisiejszy wpis będzie troszkę inny od poprzednich dwóch. Po pierwsze dotyczy autora nieco mniej znanego niż E.A. Poe czy Frank Herbert, po drugie ten akurat autor, czyli Michael Moorcock, w przeciwieństwie do poprzednich dwóch panów, sam udzielał się muzycznie, z całkiem zresztą niezłym skutkiem. Ale po kolei. Z twórczością M. Moorcocka spotkałem się dosyć szybko, jako nastolatek, kiedy poprosiłem panią w bibliotece o polecenie czegoś „w stylu Tolkiena i Sapkowskiego”. Chyba powinienem być wdzięczny, że nie dostałem wtedy do ręki Conana czy innego Kane’a. Twórczość Moorcocka, choć kiepsko przetłumaczona, zrobiła na mnie spore wrażenie – niby fantasy, rycerze, dziwne stwory, ale wszystko to miało jakiś taki lekko psychodeliczno – oniryczny klimat, a i sami bohaterowie raczej nie byli „fajnymi barbarzyńcami”.

Jak to często bywa, wiele wyjaśniła mi biografia autora – pan Moorcock urodził się w Anglii w 1939 roku i od drugiej połowy lat sześćdziesiątych kręcił się wśród hipisów, artystów i innych świrów tego typu. Oczywiście byli tam też muzycy… Z kronikarskiego obowiązku należy wspomnieć, że sam autor już sporo wcześniej, bo w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, usiłował zawojować scenę muzyczną z grupą The Greenhorns, grającą – podobno – bluesowe standardy i protest-songi. Wkrótce jednak muzyczna aktywność autora zanikła, aż do wspomnianej już końcówki lat sześćdziesiątych. Co się wtedy działo w Londynie i nie tylko chyba każdy wie, a jak nie wie to niech się szybko dowie, bo praktycznie cała dzisiejsza (pop)kultura czerpie pełnymi garściami z tego co się wtedy wydarzyło.

Właśnie wówczas, gdy już pierwsze triumfy święciło Pink Floyd i Led Zeppelin, a Beatlesi powoli kończyli działalność, na muzycznej mapie Wielkiej Brytanii pojawiła się, na gruzach kilku innych projektów, formacja Hawkwind. Już w samej nazwie wielu ludzi dopatruje się wpływu Michaela Moorcocka, ale autor zaprzecza takiej wersji. Niemniej jednak zespół w początkowym okresie prowadzony przez śpiewającego gitarzystę Dave’a Brocka i grającego również na flecie saksofonistę Nika Turnera dosyć szybko nawiązał twórczą współpracę z panem Moorcockiem. Ale znów, nie uprzedzajmy faktów – pierwszy album formacji „Hawkwind” wydany w 1970 roku przez wielu nazywany jest ostatnią naprawdę ważną psychodeliczną płytą. Wraz z kolejnym albumem „In serach out of space” zespół wkroczył w rejony zwane space rockiem. Muzyka grupy opierała się na dosyć prostej, brudnej gitarze Brocka i saksofonowych szaleństwach Turnera. Do tego panowie dodawali całe mnóstwo „kosmicznych” odgłosów generowanych przez różne zmyślne, acz z oczywistych względów (początek lat siedemdziesiątych!) prymitywne urządzenia i syntezatory. Całość uzupełniała sprawna sekcja rytmiczna, a na koncertach – odpowiednio „kosmiczne” wizualizacje. Tematyka tekstów zespołu od początku krążyła wokół kosmicznych wątków i ogólnie cała twórczość zespołu powinna przypaść do gustu sympatykom science fiction.

Space_Ritual_Sundown_V._2_-_HawkwindMichael Moorcock pojawił się w historii grupy po raz pierwszy (choć jeszcze nie osobiście) w 1973 roku, na koncertowym albumie „Space Ritual”, gdzie zamieszczono dwie kompozycje z tekstami autora – „Sonic Attack” i „Black Corridor”. Obydwa utwory to deklamowane „wiersze” Moorcocka na tle odjazdowych efektów i sprzężeń, były więc to pewnego rodzaju przerywniki, jednak „Sonic Attack” po dziś dzień jest żelaznym punktem programu koncertowego Hawkwind.

Osobiście pana Moorcocka możemy usłyszeć po raz pierwszy na chyba najsłynniejszym albumie Hawkwind czyli „Warrior on the edge of time” z 1975 roku. Płyta w całości inspirowana jest światem stworzonym przez Moorcocka, a sam autor pojawia się deklamując nawiedzonym głosem utwory „The wizard blew his Horn”, „Standing at the edge” i „Warriors”. Warrior_on_the_EdgeJest też autorem tekstu do „normalnej”, całkiem przebojowej kompozycji „Kings of Speed”. Album „Warrior…” przez wielu uznawany jest za szczytowe osiągnięcie zespołu. Mniej tu gitarowego brudu, muzyka zbliża się do tradycyjnie pojmowanego rocka progresywnego. Osobiście wolę kilka innych albumów grupy, ale nie da się ukryć, że np. przejście między pierwszymi dwoma utworami to jedna z najwspanialszych chwil w historii psychodelicznego/kosmicznego/zwał jak zwał rocka.

Sonic_Attack_-_HawkwindW późniejszych latach drogi zespołu i Moorcocka krzyżowały się wielokrotnie. W 1981 roku pojawił się album… „Sonic Attack”, gdzie Moorcock jest autorem tekstów do czterech utworów, w jednym również śpiewa („Coded languages”), rok później ukazuje się „Choose your Masques” z tekstami bohatera niniejszego wpisu do utworu tytułowego i kompozycji „Arrival In Utopia”.

choose yourNajbardziej spektakularna kolaboracja Moorcocka i Hawkwind miała jednak miejsce chwilę później, na wydanym w 1985 roku albumie „Chronicles of black sword” i rok późniejszym albumie koncertowym „Live Chronicles”. W przeciwieństwie do poprzednich płyt, tutaj mamy cały koncept-album oparty o najbardziej znany cykl Moorcocka, czyli „Elryk z Melnibone”. Muzycznie rzecz troszkę dryfuje w stronę heavy metalu, oczywiście uzupełnionego o elektronikę i odrobinę typowo hawkwindowego wariactwa. Chociaż taki „Needle gun” spokojnie mógłby trafić na płytę…. ZZ Top. Jeszcze lepsza jest koncertówka „Live chronicles”, gdzie Moorcock pojawia się w roli narratora – koncerty opierały się na materiale z „Chronicles…” delikatnie tylko uzupełnionym o kilka starszych hitów, całość była czymś w rodzaju multimedialnego przedstawienia, co na szczęście można zobaczyć także w wersji video:

W tym momencie zostawiamy już statek kosmiczny Hawkwind pod dowództwem kapitana Brocka, choć zdaję sobie sprawę, że tematu nie wyczerpałem. Czemu? Już wyjaśniam: anarchistyczno – kosmiczna otoczka Hawkwind miała i ma tez wpływ na ich działalność wydawniczą, mówiąc wprost: dyskografia zespołu to rzecz, której – przynajmniej na trzeźwo – ogarnąć nie da się w żaden sposób. Niby oficjalna dyskografia Hawkwind obejmuje 29 albumów studyjnych, co już samo w sobie jest niemałą liczbą, ale! Niektóre z tych płyt, jak np. „Take me to your future” czy „In your arena” zawierają tez nagrania koncertowe, płyta „Spacebrock” to w zasadzie solowy projekt Brocka, wydany nie wiadomo czemu jako Hawkwind, do tego dochodzi cała masa koncertówek i składanek (nierzadko z niepublikowanym wcześniej premierowym materiałem), a żeby było jeszcze śmieszniej są też różne płyty i kasety wydawane przez zespół pod innymi nazwami takimi jak: Hawklords, Church of Hawkwind, Sonic Assassins, Hawkwind Zoo czy Hawkwind Light Orchestra. Jedno jest pewne: mimo takiego rozdrabniania się, zespół wart jest poznania. Przez grupę przewinęło się ponad 35 osób, mimo to Hawkwind zawsze miał i ma nadal swój rozpoznawalny od pierwszych dźwięków styl – mimo że Dave Brock bez skrępowania adaptował na swoje potrzeby „nowe” style, począwszy od punk rocka, przez heavy metal, a na techno skończywszy.

moorcock albumUff, wracamy do pana Moorcocka. W 1975 roku na rynku pojawił się… solowy album pisarza. To znaczy konkretniej było to sygnowane „Michael Moorcock’s Deep Fix – The New worlds fair”. Sam Michael oprócz śpiewu gra tu na gitarze i mandolinie, a na albumie pojawia się cała masa gości, w tym oczywiście muzycy Hawkwind, ale też np. Snowy White, gitarzysta znany z Thin Lizzy czy koncertowego wcielenia Pink Floyd. Muzyka zawarta na albumie to całkiem dobre granie z pogranicza rocka progresywnego i hard rocka, oczywiście duch Hawkwind wisi nad tym cały czas. A mi osobiście czasem kojarzy się to z twórczością Alexa Harvey’a, o, choćby w tym numerze:

Również w 1975 roku Moorcock pojawia się na solowym albumie R. Calverta (nieżyjący już poeta i wokalista znany głównie z… Hawkwind) pt. „Lucky Leif and the longships”, gdzie obsługuje… banjo.

Wkrótce potem bohater niniejszego wpisu współpracuje jako autor tekstów z amerykańską grupą Blue Oyster Cult. Zespół ten, u nas znany głównie za sprawą niesamowitego utworu „Don’t fear the reaper”, w Stanach był gwiazdą pierwszej wielkości. Zresztą ich muzyka, brzmiąca jak połączenie Black Sabbath z The Doors przyprawione odrobiną gotyckiego klimatu naprawdę może się podobać. Utwory Moorcocka możemy usłyszeć na albumach wydanych w latach 1979 – 81, są to piosenki „Black Blade”, „Veteran of the psychic Wars” i „The great Sun Jester”.

Na koniec skupię się na muzyce inspirowanej Elrykiem i innymi bohaterami Moorcocka, a powstałej bez jego udziału. W tym celu udajemy się znów do Wielkiej Brytanii, gdzie na początku lat osiemdziesiątych szalała Nowa fala brytyjskiego heavy metalu (NWOBHM), której jednym z czołowych przedstawicieli był zespół Tygers of Pan Tang. No i ten Pan Tang to nic innego jak archipelag ze świata Elryka. Inny zespół tego nurtu, Diamond Head przyznawał się do inspiracji twórczością Michaela, co widać choćby na okładce płyty „Borrowed time” (1983) czy w utworze „Knight of the swords” (z płyty „Canterbury”, 1986)

Cały album poświęcony Elrykowi z Melnibone nagrała w 2012 roku amerykańska grupa Skelator. „Agents of Power” to kawał porządnego, świetnie zagranego epickiego heavy metalu. Styl ten najczęściej jest kojarzony z naoliwionymi panami z Manowar, ale Skelator – na szczęście – inspiruje się raczej twórczością Cirith Ungol i Manilla Road, zresztą – posłuchajcie sami…

Na koniec jeszcze dwie ciekawostki – niektórzy doszukiwali się wpływu Moorcocka na tytuł płyty Deep Purple „Stormbringer” (Stormbringer to nazwa miecza występującego w książkach pana M.), jednak ówczesny wokalista Deep Purple, David Coverdale, twierdzi, że to przypadkowa zbieżność nazw i nic więcej.

Kolejna sprawa tyczy się… okładek. Obrazy zdobiące książki Moorcocka nie raz i nie dwa trafiły również na okładki płyt metalowych czy też rockowych zespołów, ja tak bez patrzenia do Wikipedii czy googla skojarzyłem dwie takie sytuacje:

  1. „Klejnot w Czaszce” Moorcocka i „Expect no Mercy” Nazareth:

 klejnot w czaszceExpect_No_Mercy

  1. „Bane of the black sword” i „King of the dead” Cirith Ungol

 the bane pf theking of the cirith ungol

Podczas pisania tekstu korzystałem z następujących źródeł:

~Tomasz

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s