Wokół literatury: Frank Herbert… w muzyce

A właściwie tym razem będzie o jednym dziele, za to monumentalnym, kilkutomowym (umówmy się, że nie doliczam tu części pisanych przez syna Herberta po śmierci ojca), niezmiennie działającym na wyobraźnię – o „Diunie”.

11054345_362731720585111_3518151541855399825_n

Podobno Frank Herbert zabierając się za „Diunę” chciał stworzyć pro-ekologiczną powieść „z przesłaniem” (Przyprawa symbolizować miała złoża ropy naftowej). Cóż – nie wyszło. Zastanawiam się, gdzie tkwi to coś, co sprawia, że „Diuna” (oraz kolejne części cyklu) odniosły tak ogromny sukces i do dziś przyciągają coraz to nowe rzesze czytelników. Czytałem w zasadzie wszystkie inne dostępne w Polsce książki Franka Herberta i przy dwóch wydanych u nas tomach cyklu „Destination: Void universe” prawie umarłem z nudów, zaś „Zielony mózg” czy też „Oczy Heisenberga” to takie całkiem przyjemne, dobre, ale też – przepraszam za wyrażenie – nieco pierdołowate SF w starym stylu. Tymczasem „Diuna” powala, wciąga i ilekroć wracam do tej opowieści, zawsze odkrywam coś nowego. Frank Herbert w tym cyklu połączył idealnie różne elementy i style – „ciężkie” Science-Fiction, Space operę, jest tu miejsce na wielkie polityczne intrygi, tematykę ekologiczną (jednak), czy całkiem poważne rozważania filozoficzno-religijne. O tym, jak bardzo inspirująca jest to seria, niech świadczy choćby fakt, że niektórzy zupełnie na serio w trudnych chwilach recytują litanię przeciwko strachowi Bene Gesserit i podobno przynosi to niezłe efekty. I ja jestem w stanie w to uwierzyć.

Najciekawszy jednak w „Diunie” jest moim zdaniem sam świat stworzony przez Franka Herberta: jest to uniwersum wymyślone z ogromnym rozmachem, a jednocześnie dopracowane w najmniejszym szczególe. Syn Franka Herberta – Brian – wraz z autorem Kevinem J. Andersonem od jakiegoś czasu z uporem godnym lepszej sprawy płodzą kolejne sequele, prequele i inne takie dziejące się w uniwersum „Diuny”. I choć literacko są to rzeczy o kilka klas gorsze od książek Herberta Seniora, to i tak czyta się to całkiem nieźle – właśnie ze względu na to, że można poznać kolejne fragmenty historii rodów Atrydów, Harkonnenów, „odwiedzić” znajome planety… Ale dobrze, miało być o muzyce inspirowanej „Diuną”, nie o samym cyklu 😉

Pierwsza „Diuna” została napisana w połowie lat sześćdziesiątych, kolejne tomy wychodziły aż do śmierci Franka Herberta w 1986 roku. Tak się składa, że akurat w tych latach nastąpił kolosalny rozwój muzyki (zarówno rozrywkowej jak i poważnej). Pojawiły się pierwsze syntezatory, muzykę wywodzącą się z bluesa i jazzu zaczęto łączyć z „białą” muzyką popową, wreszcie począwszy od eksperymentów Phila Spectora i Sir Georga Martina, a skończywszy na coraz powszechniejszym dostępie do wielościeżkowych magnetofonów, coraz większe znaczenie zaczęła mieć produkcja studyjna. Nie powinno więc dziwić, że jednymi z pierwszych, którzy zabrali się za muzyczne adaptacje „Diuny” byli twórcy z kręgu muzyki elektronicznej. Niemniej jednak (prawdopodobnie) najwcześniejsza muzyczna produkcja muzyczna związana z „Diuną” to dzieło muzyka jazzowego. Amerykański klawiszowiec David Matthews (nie mylić z popularnym Davem Matthewsem z Dave Matthews band!) wydał w 1977 roku album pt. „Dune”.

R-544208-1252004369.jpeg

Muzyka zawarta na tym krążku to taki dosyć typowy przykład popularnego wówczas „lżejszego” fusion, jazz-rocka. Stylistycznie nie jest to aż tak odległe od albumów Return to Forever, Headhunters Herbiego Hancocka czy choćby naszego Laboratorium. Dźwiękowego „kosmosu” za dużo tutaj nie ma – wprawdzie tu i ówdzie słychać przyjemne bulgotanie syntezatora Mooga, ale wielkich odlotów tutaj nie uświadczymy. Co nie zmienia faktu, że płyty świetnie się słucha a utwór „Sandworms” to moim skromnym zdaniem mistrzostwo świata. Ciekawostką jest natomiast zamieszczony na płycie cover „Space Oddity” Davida Bowiego. Aha, płyta należy do grupy „dostępnych inaczej” – ceny używanych egzemplarzy  na Amazonie robią wrażenie. Na szczęście całość można znaleźć na YouTube:

MI0000927126Kolejna „diunowa” płyta to „Chronolyse” francuskiego awangardowego muzyka Richarda Pinhasa (gitarzysty kultowego w pewnych kręgach zespołu Heldon) wydana po raz pierwszy w 1978 roku. Album zawiera siedem części kompozycji „Sur le Theme de Bene Gesserit” oraz utwory „Paul Atreides” i „Duncan Idaho” – czyli nawet w kwestii tytułów nie wychylamy się ani troszkę poza świat „Diuny”. Jeśli chodzi o muzykę, to mamy tutaj do czynienia z czymś, co dawniej było określane mianem „rocka elektronicznego” – dominują tu „dźwiękowe pejzaże” (soundscapes) malowane za pomocą syntezatora Mooga i powtarzane w nieskończoność rytmiczne sekwencje. Kiedyś to był szczyt nowoczesności, dziś troszkę trąci myszką, ale słucha się tego całkiem dobrze, szczególnie fani Tangerine Dream z płyt „Stratosfear” czy „Force Majeure” powinni znaleźć tu coś dla siebie. Z kolei najdłuższy na płycie, bagatela, półgodzinny utwór „Paul Atreids” to troszkę inna bajka. Kompozycja zaczyna się mrocznym, ambientowym wstępem by przejść  do gitarowego grania z okolic King Crimson.

ZedVisionsofdune_zps65313650Rok 1979 przyniósł dwie płyty związane z dziełem Franka Herberta. Pierwsza z nich to „Visions of Dune” wydana pod tajemniczym szyldem ZED – pod którym krył się inny francuski spec od elektroniki, niejaki Bernard Szajner. Tym razem jest to już w 100% syntezatorowa elektronika, bez żadnych gitar i innych tego typu rockowych elementów. Album bardzo fajnie się zaczyna, utwór „Dune” spokojnie mógłby trafić na najlepsze płyty Tangerine Dream czy Vangelisa. Brzmi to odpowiednio „kosmicznie” i naprawdę wciąga! Dalej niestety już jest różnie. Gdybym był złośliwy to napisałbym, że zabrakło budżetu. Albo pomysłów. W każdym razie przyjemne syntezatorowe plamy i ciekawe efekty mieszają się w dalszej części albumu z wyjątkowo prymitywnymi rytmami automatu perkusyjnego i efektami dźwiękowymi rodem z popularnych na początku lat 90. ruskich zabawek. Oczywiście łatwo pisać takie mądrości w 2015 roku, jednak faktem jest że akurat ten album wyjątkowo brzydko się zestarzał.

Dune_Klaus_Schulze_AlbumRównież w 1979 roku za „Diunę” zabrał się najbardziej znany z wymienionych dotychczas twórca – Klaus Schulze. Niemiecki muzyk, człowiek-instytucja, jeśli chodzi o muzykę elektroniczną (przed rozpoczęciem wyjątkowo owocnej, trwającej do dziś kariery solowej związany m.in. z Tangerne Dream i Ash Ra Tempel). Całą pierwszą stronę wydanej właśnie w ’79 roku płyty „Dune” wypełnia utwór tytułowy, który jak żaden inny idealnie wręcz oddaje klimat twórczości Franka Herberta. Muzycznie jest to totalny ambientowy minimalizm. Tajemnicze plamy syntezatorowe, pojawiające się jakby przypadkiem, od czasu do czasu jakieś upiorne zawodzenie, gdzieś tam pobrzmiewająca wiolonczela – wszystko to dosłownie przenosi słuchacza na targaną wichrami i burzami pustynną planetę. Oczywiście to jest bardzo specyficzna muzyka, wymagająca skupienia. Trzeba też mieć odpowiedni nastrój, żeby tego słuchać – nie ukrywam, że kiedyś podczas słuchania tego albumu w autobusie zwyczajnie zasnąłem. Warto jednak dać szansę tej kompozycji, choć podobnie jak cała twórczość Klausa Schulze, nie są to dźwięki dla każdego. Aha, znajdujący się na drugiej stronie płyty utwór „Shadows of ignorance” z gościnnym udziałem Arthura Browna jest dużo bardziej przystępny 😉

W późniejszych latach oczywiście pojawiały się kolejne albumy i utwory mniej lub bardziej związane z uniwersum Diuny, z kronikarskiego obowiązku warto wspomnieć w tym miejscu o jedynym albumie francuskiej progresywno–awangardowej formacji Dün pt. „Eros” z 1981 roku oraz o pewnym zabawnym incydencie związanym z Iron Maiden. Maideni chcieli zatytułować jeden ze swoich utworów „Dune”, na co jednak nie zgodzili się agenci Franka Herberta. Zespół miał otrzymać od nich następującą informację:

Frank Herbert nie przepada za zespołami rockowymi, zwłaszcza za zespołami heavy rockowymi, a już szczególnie za zespołami takimi jak Iron Maiden.

bruce

Utwór ostatecznie ukazał się na albumie „Piece of mind” pod nazwą „To tame a land” a odniesienia do „Diuny” w tekście są oczywiste.

Osobna kategoria to płyty stanowiące ścieżki dźwiękowe do filmów i gier powstałych na podstawie „Diuny”, ale to już jednak troszkę co innego – choć z albumem nagranym przez Toto (z udziałem Briana Eno) do „Diuny” Davida Lyncha z 1984 roku zdecydowanie warto się zapoznać!

~Tomasz

Advertisements

5 thoughts on “Wokół literatury: Frank Herbert… w muzyce

  1. Ja nawet ostatnio obczajałam, jakie są muzyczne inspiracje Diuną – dotarlam między innymi do Iron Maiden:) Przesłuchałam sobie niektóre z tych pozycji – Dave Matthews bardzo przyjemny, Richard Pinhas, ZED i Schulz to jednak nie moje klimaty. Ale wpis super, świetnie się czytało, choć może sporo powtórzeń odnośnie Franka Herberta:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s