„Papierowe miasta” J. Green

Autor: John Green

Tytuł: Papierowe miasta

Wydawnictwo: Bukowy las

Liczba stron: 400

Rok pierwszego wydania: 2008

Źródło: Wypożyczona z biblioteki

Wyzwanie: Czytam opasłe tomiska (400 stron), Okładkowe love


Względem Johna Greena mam wysokie wymagania. Zaczęłam moją czytelniczą przygodę ze świetną, ściskającą za serce książką, jaką była „Gwiazd naszych wina”. Przewracałam nerwowo kartki. Płakałam. Szeptałam: to nie może być tak… Lektura tej najbardziej znanej książki autora dała mi emocjonalnego kopa i na takie ekstremalne emocje nastawiłam się również sięgając po tytuł „Papierowe miasta”. Czy się zawiodłam?…

132508-352x500

Narratorem tej powieści jest nastoletni Quentin Jacobsen, zwany przez kumpli Q. Q jest takim typem nastolatka, który trochę odstaje. Nieco zbyt wrażliwy, stroniący od imprez i alkoholu, stojący na uboczu. Ma dwóch kumpli, typowego kilkunastolatka Bena, który myśli ciągle o seksie (i żenuje mnie hasłami typu: Chciałbym, żeby to mnie pocałowała w policzek i żebym miał na nim pełno małych penisów czy określaniem atrakcyjnych dziewcząt mianem królisi) oraz typowego mózgowca, którego głównym zajęciem jest rozbudowywanie internetowej Omniklopedii – Radara. No i jest ona… Margo Ruth Spiegelman.

Margo to nie żadna wypacykowana królisia, ale oryginalna dziewczyna, która nieraz zaskakuje Q swoimi pomysłami. Gdy oboje byli mali, spędzali ze sobą praktycznie każdy dzień na szalonych zabawach. A później nastąpiła ta pamiętna noc, gdy Margo poprosiła Quentina o pomoc w zrealizowaniu swojego planu zemsty na (już byłym) chłopaku. Choć początkowo Q ma opory, wreszcie zgadza się pomóc dziewczynie. Czyż mógłby jej odmówić?

Potem ich drogi się rozchodzą. Choć widują się codziennie w szkole, obracają się już w różnych środowiskach i praktycznie ze sobą nie rozmawiają. Mimo to Margo fascynuje chłopaka wciąż tak samo mocno. I gdy kolejny raz ucieka z domu, Quentin jest pewien, że koleżanka zostawiła mu wskazówki, które pozwolą mu ją odnaleźć…

W tym momencie Q zaczyna z pomocą przyjaciół rozwiązywać zawikłaną zagadkę, w której wiele tropów okazuje się ślepymi zaułkami. Czytając Whitmana, słuchając płyt zostawionych przez Margo, jeżdżąc po opuszczonych, niedokończonych osiedlach, Quentin zaczyna rozumieć, że wcale nie znał dziewczyny – to, co myślał na jej temat było tylko pewnymi wyobrażeniami o niej, jej obrazem przesianym przez poglądy Q, a to zupełnie nie jest prawdziwy obraz Margo Ruth Spiegelman. Q, jeżdżąc z jednego miejsca na drugie, dochodzi do wniosku, że wszyscy mają jakieś maski, różne pozy, które przybierają w społeczeństwie, wobec znajomych, rodziny, współpracowników. Zaczyna się zagłębiać już nie tylko w poznanie Margo, ale i odkrycie swojego prawdziwego „ja”.

Ostatnia część książki to trzymający w napięciu wyścig do miejsca, w którym przebywa dziewczyna. Czy Q oraz koledzy dobrze odszyfrowali znaki? Czy zdążą na czas?

„Papierowe miasta” to dająca do myślenia, a miejscami zabawna powieść dla nastolatków. Jestem pewna, że gdybym miała naście lat, odkrycia czynione przez Q byłyby i moimi odkryciami. Sama byłam takim „odstającym elementem” w grupie, więc domyślałam się jak się czuje Quentin. Muszę jednak powiedzieć, że o ile „Gwiazd naszych wina” wydaje mi się tytułem, który broni się również czytany po okresie „naście”, tak „Papierowe miasta” nie mają tej głębi. Nieraz czułam się zażenowana opisywanymi sytuacjami, nie umiałam się wczuć w zachowania niektórych postaci. Dlatego tym razem Green dostanie ode mnie niższą notę…

4-/6

Reklamy

24 thoughts on “„Papierowe miasta” J. Green

  1. Pingback: Recenzje od A do Z | Kultura czytania

    • Akurat „GNW” uważam, że daje radę bardzo, „Papierowe miasta” są już bardziej „nastolatkowe”. W kolejce mam jeszcze dwie inne książki tego autora, więc zobaczę jak go w końcu zakwalifikuję 😀

        • To fakt, też o nim ciągle słyszałam i postanowiłam zaryzykować 😛 Różnie jest z tymi książkami dla nastolatek, bo np. uważam, że cała seria Igrzysk Śmierci jest świetna (tak samo uwielbiam „Złodziejkę książek”), a już np. Trylogia Czasu bywa momentami infantylna…

                    • 😀 Jeju, Wy staruchy paskudne 😀 😀 😀 Nie macie już w sobie nic z nastolatki?! 😉

                      „Złodziejka…” to moja książkowa miłość i takie tytuły dla młodzieży to cudo ❤

                    • Od razu staruchy 😀 😀 😀 Nigdy mnie specjalnie nie kręciło YA, z drobnymi wyjątkami, niemniej popieram Greena, bo to są dobre młodzieżowe buki, dokładnie takie, jakie powinny być 🙂
                      No a ja już nawet w środku nastolatką nie jestem – lata czekałam na dorosłość, więc jak w końcu się doczekałam, to teraz korzystam 😀 😀 😀

                    • Wiem, wiem o co chodzi 😀

                      Ja już też jestem za stara na YA, cóż, kiedy w momencie, gdy miałam naście lat, nic o takim trendzie nie słyszałam. Teraz sobie tylko nadrabiam takie najgłośniejsze nazwiska i przez to też wzięłam się za Greena 🙂

                    • Wcale Ci się nie dziwię, że nadrabiasz- jak miałam naście lat, to czytałam Umberto Eco, Vonneguta, a najbliższe co było do YA, to kultowe „Witaj Smutku” Saganki 😀 To w ostatnich latach dopiero taki wysyp szalony literatury stricte dla młodzieży.
                      Tak sobie myślę, że jednak chyba sięgnę po „Gwiazd naszych wina”, bo dobrze byłoby to jednak znać 🙂

                    • Hehe, jak ja miałam naście lat to czytałam Coelho 😀 Ale też różne powieści zaliczane do klasyki, to o czym się mówiło, co ludzie cenili, co polecali – bo zawsze chciałam mieć swoje zdanie na temat takich tytułów. Czytałam przeróżne rzeczy.
                      Ale też, ostatnio rozmawiając z koleżanką z pracy o YA mówiłam jej, że niektóre książki z tego nurtu sprawdzają się również, gdy ma się więcej niż naście lat, a znów inne mnie obecnie żenują, choć wiem, że gdybym była nastolatką, traktowałabym je jak biblię 🙂 I że, na ten przykład, Jeżycjada Musierowicz, choć też kierowana do młodzieży, jest na tyle uniwersalna, że i obecnie czytam ją z ogromną przyjemnością.
                      Jeśli masz chęć, to sięgnij po „GNW”, to, moim zdaniem, akurat książka, która się broni 🙂

  2. tak, to prawda – muszę przyznać że ta okładka ze wszystkich dzieł Greena (tych w Polsce) jest najbardziej udana, poza ta filmową oczywiście 🙂 ale i tak żałuję, że nie mamy tych okładek co w Ameryce…. ah. zawsze jak zaglądam na Booktube to im zazdroszczę! 🙂
    Okładkowe love sprawdzone 😀

  3. Pingback: Podsumowanie października | Kultura czytania

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s